Deszcze i podtopienia to sprawdzian dla resortu środowiska, który od początku kadencji obiecuje zmiany w prawie wodnym.
— Obecna sytuacja wyraźnie pokazuje, że nawet niewielkie zagrożenia hydrologiczne powodują podtopienia. Oznacza to, że stan infrastruktury zapewniającej bezpieczeństwo przeciwpowodziowe jest bardzo słaby. Przygotowujemy nowe prawo wodne, abyśmy byli znacznie lepiej przygotowani do takich sytuacji jak w tej chwili, a także tych znacznie trudniejszych — podkreśla Mariusz Gajda, wiceminister środowiska. Zapewnia, że obecna ekipa zastała po poprzednikach „wieloletnie zaniedbania przy realizacji inwestycji strategicznych z punktu widzenia gospodarki wodnej”.
— Niedokończone są m.in. takie kluczowe przedsięwzięcia, jak: zbiornik Świnna Poręba, stopień w Malczycach czy zbiornik Racibórz — mówi Mariusz Gajda. Zapowiada, że w przyszłym tygodniu do Rządowego Centrum Legislacji (RCL) trafi ostateczny projekt prawa wodnego. Faktycznie jednak projekt prawa wodnego, dostosowujący polskie przepisy do unijnych dyrektyw, przygotował rząd PO-PSL, ale utknął w konsultacjach społecznych. Przejęła go obecna ekipa i dodała nowe przepisy dotyczące m.in. administrowania gospodarką wodną oraz zaproponowała bardzo wysokie opłaty dla wszystkich użytkowników wody. Przedsiębiorcy i konsumenci protestowali jednak, że tak istotne zmiany rząd PiS chce wdrożyć bez konsultacji społecznych. Po wielomiesięcznych przepychankach resort środowiska ograniczył propozycje zwyżki cen. Projekt prawa wodnego 18 października 2016 r. został przyjęty przez rząd, ale premier Beata Szydło zdecydowała, że w 2017 r. podwyżek nie będzie. Projekt miał wejść w życie w I kwartale bieżącego roku, ale dotychczas nawet nie został zgłoszony do Sejmu. Resort środowiska nie wyjaśnił, czy zapowiedziane skierowanie projektu do RCL oznacza, że tym razem przejdzie on konsultacje społeczne. Taki proces może trwać kilka miesięcy, a czas nagli. W ubiegłym roku Polska przegrała proces w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej o niewdrożenie dyrektyw, a resort środowiska alarmował, że może się to zakończyć słonymi karami.