Czytasz dzięki

WSG gra fair w sprawie Świątek

opublikowano: 06-11-2020, 12:20
aktualizacja: 08-11-2020, 22:00

Im więcej pieniędzy przy zawodniku, tym bardziej zapomina się o tych, dzięki którym jego rozwój był w ogóle możliwy – mówi Lech Sidor, były członek zarządu Warsaw Sports Group (WSG), wielokrotny tenisowy mistrz Polski

Lech Sidor, znany polski tenisista, był jednym z gości podcastu Puls Biznesu do słuchania
Lech Sidor, znany polski tenisista, był jednym z gości podcastu Puls Biznesu do słuchania

„PB”: Da się zostać zawodowym tenisistą bez wsparcia finansowego rodziny?

Lech Sidor, były członek zarządu Warsaw Sports Group (WSG), wielokrotny tenisowy mistrz Polski: To niemożliwe. Nawet zakładając różne budżety, punktem wyjścia jest to, czym na początku dysponują rodzice. Na początku nie jest to droga sprawa – na rynku są różnego rodzaju szkółki czy grupy treningowe, do których dziecko można zgłosić. To są stosunkowo drobne pieniądze, chodzi o kwoty rzędu kilkuset złotych tygodniowo. Powtarzam – stosunkowo, bo już tego rzędu wydatek dla wielu jest barierą nie do przejścia. Rozwój na wczesnym etapie może iść trzema drogami. Pierwsza to indywidualny trening – tą drogą podążą większa część społeczności tenisowej. Daje to poczucie większej kontroli nad tym, co się dzieje z zawodnikiem. Ale jest drogie - wynajęcie kortu to od kilkudziesięciu do 100-110 zł za godzinę. Na wynagrodzenie trenera trzeba liczyć drugie tyle. Żeby dziecko rozwijało się tenisowo, to tych godzin w tygodniu musi być minimum 3-4. Daje to około 800 zł tygodniowo. Druga droga to grupy treningowe, a trzecia – to sekcje i kluby tenisowe. Wówczas koszt spada do około 200 zł tygodniowo, bo osób trenujących jest więcej, a dzieci mogą ćwiczyć zdrową, sportową rywalizację między sobą w ramach 4-5-osobowych grup. Trzeba jednak uważać pod kątem wyboru trenera, bo na rynku jest cała masa szkoleniowców niemających dużego pojęcia o tenisie.

Czyli na początku nie jest to sport „kapitałochłonny”?

Na początku nie. Sprzęt nie jest drogi – przyzwoite rakiety można nabyć nawet za 100 zł. Również wydatek na buty nie jest duży. Nie ma też jeszcze kosztów wyjazdów na turnieje. Finansowe kłopoty zaczynają się, gdy zawodnik ma około 9-10 lat i dobrze rokuje. Musi on zacząć konfrontować swoje umiejętności z resztą Polski, nie może dusić się we własnym sosie w mieście, w którym trenuje, bo konkurencja jest za mała.

Rozmowa jest fragmentem podcastu “Tenisowe boje o pieniądze” - posłuchaj:

Na jaki poziom kosztów wtedy wchodzimy?

Przynajmniej 5 tys. zł miesięcznie. Do tego dochodzi opieka rodziny podczas wyjazdów, bo nikt nie puści przecież 10-latka z samym trenerem.

Na tym etapie sponsorów jednak brak…

Nie ma na to szans. Sponsoring 10-letniego zawodnika można rozpatrywać w kategoriach bajek. Jeśli ktoś tak mówi, to prawdopodobnie dziadek ma fabrykę pierników, nakleił mu logo na rękaw i młody jest dumny z tego, że dziadek go sponsoruje. Czasami odbywa się to poprzez celowo zakładane fundacje – znam co najmniej kilkadziesiąt takich historii. 5 tys. zł to niezbędne minimum, żeby zaistnieć. Ale jeżeli zawodnik wygra jeden czy drugi turniej, to apetyt będzie rósł w miarę jedzenia. Wówczas opiekunowie przestają myśleć trzeźwo, zaczyna się gra na emocjach. Jeżeli wygrał dwa, to dlaczego nie wygra trzeciego i czwartego? Zapada decyzja o wyjeździe – trudno, w tym miesiącu nie będzie mięsa na obiad. Takich układów podszytych nadzieją są w Polsce setki. Potem przychodzi zimny prysznic, dlatego że wejście w oficjalne kategorie międzynarodowe, czyli do lat 12 i 14, które są rozgrywane pod egidą ETA – Europe Tennis Associaton, to już finansowy dramat. Rozpoczynają się wyjazdy po kontynencie. Co prawda pojawiają się pierwsze sponsoringi sprzętowe, warte kilka tysięcy złotych, ale to i tak kropla w morzu potrzeb.

Zawodowo przez kilka lat był pan związany z Warsaw Sports Group, do niedawna był pan jej członkiem zarządu. Jak ze swojej perspektywy patrzy pan na konflikt WSG z ojcem Igi Świątek, Tomaszem?

Ten kontrakt nie ułożył się najlepiej. Nie chciałbym tego szeroko komentować. Swego czasu jako dyrektor sportowy swoją osobą zapewniałem, że inwestycja w Igę Świątek jest warta każdych pieniędzy. Miałem z nią do czynienia jako trener kadry U-14, którą poprowadziłem do srebrnego medalu w Drużynowych Mistrzostwach Europy. W jej rozwój włożone zostały ogromne pieniądze, a bez nich Iga Świątek nie znalazłby się tam, gdzie jest obecnie — na ustach całej Polski i świata. Kulisy sprawy są złożone i różnią się od pojawiających się tu i ówdzie relacji.

Czyli jakie?

Nie jestem upoważniony do ich zdradzania. Wiem tylko, że sprawa powinna być rozwiązana fair, a WSG gra fair. Co do drugiej strony - nie jestem do końca przekonany. Dziwi mnie to, bo pan Tomasz Świątek to olimpijczyk, sportowiec, a sportowcy generalnie znani są z tego, że dotrzymują honorowych umów. Niestety, im więcej jest pieniędzy przy zawodniku, im więcej sponsorów, tym bardziej zapomina się o tych, dzięki którym człowiek miał szansę zaistnieć.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane