Wszystkie drogi prowadzą do Tutore

opublikowano: 23-09-2022, 13:15
Play icon
Posłuchaj
Speaker icon
Close icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl

Pasja muzyczna, świetny nauczyciel wuefu, smykałka do organizacji, dziadek stolarz i zamiłowanie do porządku — Marcin Grzelak musiał założyć firmę edukacyjną.

Sam sprawdził:
Sam sprawdził:
Marcin Grzelak, założyciel Tutore, zawsze lubił się uczyć. Teraz ma firmę edukacyjną dla dzieci i dorosłych.
MAREK WISNIEWSKI

Jeśli macie wątpliwości, że wszystko, co nas spotyka w życiu, ma sens, poznajcie historię menedżera, który m.in. wraz z zespołem wprowadzał Sfinksa na giełdę i budował sieć sklepów Komfort. Ludzie, których spotkał, i pasje, które rozwinął, przydały mu się w jego własnym biznesie: Tutore, firmie z usługami edukacyjnymi dla dzieci i dorosłych.

Po pierwsze — muzyka

Cofamy się do lat 80. ubiegłego wieku. Marcin Grzelak jest w drugiej-trzeciej klasie podstawówki.

— Zacząłem wtedy słuchać muzyki. Moim pierwszym idolem był Phil Collins — jego płytę „But Seriously” miałem na kasecie i winylu. Mama się dziwiła, że słucham takiej muzyki. Było to w poprzek nurtowi, bo wtedy moi rówieśnicy słuchali popu. Gdy nadeszła fala fascynacji Depeche Mode i połowa nastolatków była depeszami, ja przekornie byłem w kontrze. Doceniłem ich muzykę, gdy moda minęła. Potem fascynowałem się grunge’em i zespołami z Seattle na czele z Pearl Jam. Mike McCredy, genialny gitarzysta, współpracował ze śp. Chrisem Conrellem. Potem zrobiłem krok w bok i miałem okres fascynacji muzyką filmową. Wciągnęła mnie, mamy genialnych kompozytorów: Zbigniewa Preisnera, Michała Lorenca, Hansa Zimmera czy Bartosza Chajdeckiego. Zacząłem grać na gitarze. Zaliczyłem też dużo festiwali i koncertów, nie ograniczam się do jednego nurtu, interesuje mnie wszystko, co dobre w muzyce — opowiada Marcin Grzelak, pokazując album z dziesiątkami biletów z koncertów.

Dobrze udokumentowane:
Dobrze udokumentowane:
Koncerty muzyczne i wydarzenia sportowe, na których był sam lub z żoną, Marcin Grzelak wspomina, przeglądając albumy z biletami, które zachował na pamiątkę.
MAREK WISNIEWSKI

Na większości był z żoną, zanim urodziły się dzieci. Kogo tam nie ma: Björk, Peter Gabriel, The Doors, U2, Depeche Mode, Radiohead, Hey, Red Hot Chili Peppers, Genesis, George Micheal, Madonna, Wojciech Kilar, Porcupine Tree, Sting, Coldplay, Guns’N Roses czy Coma, z którego muzykami zna się osobiście. Ale o tym za chwilę.

— Era streamingu spowodowała, że jest wiele niszowej muzyki, tyle specyficznych produkcji, że trudno za wszystkim nadążyć. Pomaga mi w tym radio. Pozostałem fanem Trójki. Odświeżenie pomogło stacji. Była obstawiona przez legendy, teraz zrobiło się miejsce dla młodych redaktorów, co wcale nie jest ze szkodą dla słuchacza — twierdzi Marcin Grzelak.

Choć urodził się w Łęczycy, a teraz mieszka w Grodzisku Mazowieckim, uważa się za rodowitego łodzianina i zachwyca charyzmatycznym dyrektorem tamtejszej filharmonii, Tomaszem Bębnem, który latem zorganizował Kolory Polski — cykl koncertów w plenerze i np. kościołach w województwie łódzkim.

Po drugie — przedsiębiorczość

Połączone siły:
Połączone siły:
Szef Tutore sam wykonał wiele elementów w domu, np. tralki z liny lub lampę na belce, ale oryginalne półki na płyty CD w kształcie wiolonczeli zamówił u stolarza.
MAREK WISNIEWSKI

Meloman Marcin Grzelak, który zawsze był przewodniczącym klasy i członkiem szkolnego samorządu, zawsze coś organizował: a to zawody sportowe, a to mecze, także biletowane, na studiach wszedł do samorządu studenckiego Politechniki Łódzkiej. Gdy był na piątym roku, pojawił się przetarg na prowadzenie Klubu Studenckiego Hiluś, w którym wystartował z kolegą Rafałem Przednówkiem.

— Założyliśmy działalność gospodarczą, mieliśmy ambicję stworzenia sceny alternatywnej z rockiem i jazzem. Na otwarciu był zespół jazzowy Kaczałka, który zrobił niesamowite show. Co piątek i sobotę mieliśmy koncerty. Jak to w klubach studenckich — lało się piwo po 4 zł. Wizja była świetna, od kuchni — ciężka orka: trzeba dopilnować ochronę, odprowadzić podatki. To był crash test, jak się prowadzi firmę, choć przetarcie przecież już miałem — w samorządzie studenckim organizowaliśmy juwenalia dla 30 tys. uczestników, imprezę z budżetem kilkadziesiąt tysięcy złotych, bo artyści nie grali za darmo, były koncerty z ochroną policji, takimi kapelami, jak Kult czy O.N.A. Nauczyłem się zarządzania: robienia planu, budżetu, dowożenia. Miałem 22 lata i ćwiczyłem to, co robię dziś na co dzień — wspomina Marcin Grzelak.

To w Hilusiu poznał m.in. muzyków zespołu Coma.

— Na scenie Hilusia grało wiele kapel, m.in. kultowi dla łódzkiej sceny Normalsi czy znany na alternatywnej scenie rockowej zespół Cool Kids Of Death. Big Cyc zagrał pierwszy koncert w Klubie Balbina Uniwersytetu Łódzkiego, bo Skiba tam studiował — wyjaśnia biznesmen.

Gdyby ktoś się zastanawiał: choć w klubie pracy było dużo, to pracę magisterską napisał, zresztą po angielsku. W ogóle przez całe studia dostawał stypendium naukowe.

Po trzecie — sport

Mamy muzykę, zarządzanie w praktyce, czas na drugą wielką pasję — sport.

— Mam z nim osobistą relację. Miałem to szczęście, że w podstawówce spotkałem Mirosława Andrysiaka, nauczyciela wuefu i wybitnego trenera sportowego, który zaraził mnóstwo osób do lekkoatletyki, sportu niepopularnego. Mieszkałem w Łęczycy, gdzie jest tradycja gry w siatkówkę, tam na podwórku przed blokiem grało się w siatkę przez trzepak. Trener stworzył klub sportowy, od czwartej klasy podstawówki miałem regularne treningi, a gdy byłem w szóstej, nasza drużyna zdobyła brązowy medal mistrzostw Polski w wieloboju lekkoatletycznym. To był mój największy sukces sportowy, nigdy nie byłem wybitnym lekkoatletą — mówi Marcin Grzelak.

Pierwszy sukces:
Pierwszy sukces:
Zdjęcie ze zdobycia brązowego medalu, pierwszego w dorobku trenera Mirosława Andrysiaka, Marcin Grzelak dostał dopiero niedawno, kiedy wrócił do dawnego klubu sportowego, tym razem w roli sponsora.
archiwum prywatne

Spod ręki Mirosława Andrysiaka wyszli tacy sportowcy jak: Jacek Kazimierowski (trójskoczek, sześciokrotny mistrz Polski seniorów na stadionie, siedmiokrotny mistrz Polski w hali, olimpijczyk z Sydney), Ewa Różańska (w tym roku zajęła pierwsze miejsce w pucharze Europy w rzucie młotem i drugie miejsce w mistrzostwach Europy w Monachium), Robert Wolski (mistrz Polski w skoku wzwyż z 2006 r., finalista konkursu na olimpiadzie w Atenach) czy Robert Urbanek (pierwsze miejsce w mistrzostwach świata w rzucie dyskiem w 2015 r.).

Jest się czym pochwalić:
Jest się czym pochwalić:
Podopiecznym MKLA Łęczyca jest m.in. Mikołaj Szczęsny, który w czerwcu tego roku zdobył srebro w skoku wzwyż juniorów.

— Swoją pasją pan Andrysiak potrafi wykrzesać z małej Łęczycy taką liczbę talentów. Polacy mają potencjał do lekkoatletyki — z Tokio przywieźliśmy 14 medali, w tym dziewięć lekkoatletycznych. Problemem jest brak systemowego podejścia, takiego jak w siatkówce. Za tą rzeszą medalistów stoi jeszcze większa rzesza dzieciaków, które — podobnie jak ja — zostały zarażone sportem. Regularnie gram w siatkówkę, tenisa oraz biegam. Sport jest wpisany w moje codzienne życie. Jak nie uprawiam go codziennie, to się źle czuję. Syn chodzi do szkółki piłkarskiej Legii, córka jest pasjonatką jazdy konnej — mówi Marcin Grzelak.

Cieszy się z sukcesów Igi Świątek, bo wierzy, że wykreowała modę na tenisa.

— To bardzo fajny sport, którego zacząłem się uczyć w wieku 40 lat. Jest bardzo trudny technicznie, długo trwa, zanim się dojdzie do etapu, w którym można z niego czerpać radość. Im wcześniej zaczniemy naukę, tym lepiej — uważa przedsiębiorca.

Mirosław Andrysiak nadal jest nauczycielem i prowadzi klub sportowy MKLA Łęczyca.

— Jakiś czas temu zobaczyłem na Facebooku, że pan Mirosław nie ma pieniędzy — paru tysięcy złotych, żeby wysłać podopiecznych na mistrzostwa Polski. Zaproponowałem, że moja firma będzie wspierać klub i jesteśmy dumnym sponsorem. Spłacam dług wdzięczności panu Mirkowi, z którym ostatnio przeszliśmy na ty, zresztą z jego inicjatywy — śmieje się biznesmen.

Po czwarte — majsterkowanie

Jak się ma takiego nauczyciela i jak się lubi muzykę, a potem rodzą się dzieci, które potrzebują dodatkowych zajęć, to zakłada się firmę Tutore. Zaczął od organizacji zajęć z gry na instrumencie. Potem doszła matematyka, programowanie i angielski. Dziś Tutore pracuje z 2,1 tys. nauczycieli, ma w bazie 0,5 mln klientów i jest w trakcie fuzji z ProfiLinguą, szkołą językową wydzielaną właśnie z Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych. W przyszłym roku Tutore Poland ma mieć 160 mln zł przychodów na polskim rynku edukacyjnym wartym około 5 mld zł. W tym roku po raz pierwszy Tutore, które w pandemii przeszło całkowicie zajęcia na online (teraz wraca do stacjonarnych) wysłało dzieci na obozy pod marką Music & More, od której firma zaczynała. Jedna z pięciu baz jest zlokalizowana u zaprzyjaźnionej rodziny Pawlikowskich w Małym Cichym. Były tu obozy, które są przedłużeniem interakcji w świecie cyfrowym, rysunku, malarstwa, z minecraftem, ale także konne.

— Pan Paweł Pawlikowski ma firmę budowlaną domów z bala. Wpadliśmy na szalony pomysł, by wybudować z nich na zboczu stajnię. W marcu zaczęliśmy sprzedawać obozy konne, w kwietniu były wyprzedane. Stajnia powstała, konie dochodzą do niej pod górę, pierwsze obozy już za nami — opowiada Marcin Grzelak.

Pierwsze konie:
Pierwsze konie:
Stajnia z bali wybudowana w kilka miesięcy obsłużyła latem tego roku sześć turnusów obozów konnych.
archiwum prywatne
Ale jazda:
Ale jazda:
Do stajni nie można dojechać samochodem — konie i jeźdźcy przychodzą tu na piechotę. Dla takich widoków na pewno warto.
archiwum prywatne

Nie każdy by się odważył zbudować stajnię z bali, ale… Marcin Grzelak ma jeszcze jedną pasję: swój dom. Wspólnie z żoną wymarzyli sobie drewniany. Postawiła go firma z Mazur. Na domu miała być stara dachówka, którą małżeństwo wypatrzyło na starym domu na Dolnym Śląsku.

— Odkupiliśmy tę dachówkę, kosztowała tyle, co nowa, do tego doszedł transport. Gdy fachowiec zaczął ją układać, okazało się, że zaczepy się nie składały, słabo zachodziła, przy próbie szczelności były przecieki, więc powiedział, że nie daje gwarancji. Dziurawy dach na drewnianym domu byłby katastrofą, więc z żalem postawiliśmy na ceramiczną dachówkę — przyznaje Marcin Grzelak.

Stare mury przy nowym domu z drewna:
Stare mury przy nowym domu z drewna:
Mur z cegieł ze starego domu z Malborka odgradza kawałek ogrodu ze studzienkami, których nie można zakopać, od jego reprezentacyjnej części. Ruiny wybudował właściciel domu z teściem.
MAREK WISNIEWSKI

Stara dachówka została wykorzystana na słupkach ogrodzeniowych. Gospodarz zbudował je ze starych cegieł z Malborka, z których zrobił też ścianę przy kominku. W domu jest też bruk z okrągłych kamyków w sieni i podłoga epoksydowa z zatopionymi roślinami wykonane przez gospodarzy, a w ogrodzie Marcin Grzelak razem z teściem „zbudował” ruiny, żeby schować studzienki, których nie można zasypać, a ze starych belek zrobił m.in. pergolę i płotek odgradzający warzywniak.

— Dziadek był stolarzem, czasem brał mnie do jakichś prac, ale bardziej mnie ciągnęło do sportu, chociaż czegoś się nauczyłem. Zrobiłem kilka mebli do domu. Ostatnio wujek znalazł stół heblarski po dziadku, chciał go wyrzucić, postanowiłem go odrestaurować i zrobić z niego biurko do gabinetu. Po dziadku mam stare narzędzia, leżą w garażu — mówi przedsiębiorca.

W garażu wszystko jest poukładane, opisane pudełka stoją równo na półce, narzędzia wiszą w idealnych rządkach.

— Jestem fanem porządku. Zarządzanie firmą jest układaniem chaosu w ramy — twierdzi Marcin Grzelak.

I jak tu nie wierzyć, że wszystko w jego życiu się łączy?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane