Stanisław Dobrzański, prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych i polityk PSL, może być jednym z szefów spółek SP, którzy na własnej skórze odczują rozpad koalicji. Kiedy w grudniu 2001 r. z ust byłego ministra skarbu Wiesława Kaczmarka padło słynne: „niech Staszek spróbuje sił w biznesie”, było jasne, że nominacja Dobrzańskiego ma charakter czysto polityczny.
W ramach konsumowania umowy koalicyjnej polityk PSL, z wykształcenia magister historii, dostał we władanie jedną z największych spółek w Polsce — operatora energetycznego systemu przesyłowego i niemal monopolistę na hurtowym rynku prądu.
W „biznesie” poradził sobie chyba nie gorzej niż poprzednicy, rozpoczynając m.in. przygotowania do restrukturyzacji PSE, mającej prowadzić do wycofania się spółki z pośrednictwa w handlu energią. Ogólne zarysy projektu zostały ogłoszone, do dziś jednak nie są znane szczegóły projektu przygotowywanego przez ABN Amro.
Upubliczniony został natomiast, choć tylko w „drugim obiegu”, inny projekt opracowany przez Citigroup — również na zlecenie zarządu PSE. Dokument dotyczy rozwiązania problemu kontraktów długoterminowych w energetyce, których istnienie czyni z PSE przymusowego pośrednika na rynku prądu. Przekuciem tej koncepcji w ustawę miał się zająć rząd.
Nie ma wątpliwości, że zarówno restrukturzyacja firmy jak i likwidacja kontraktów mogą się opóźnić, jeśli dojdzie do wymiany zarządu spółki przesyłowej. Jej ewentualny nowy szef z pewnością będzie chciał się zapoznać ze szczegółami projektów, które przyjdzie mu wdrażać. Pół biedy, jeśli okaże się fachowcem, który nie będzie tracił czasu na zapoznanie się ze specyfiką branży. Jeżeli jednak dojdzie do nominacji nie merytorycznej, problem restrukturyzacji PSE i likwidacji kontraktów powróci zapewne jak bumerang po kolejnych, być może wcześniejszych, wyborach.
Prezes BOŚ śpi spokojnie, szef funduszu ochrony środowiska czeka na dymisję
Rozpad koalicji rządzącej będzie miał pewnie większy wpływ na roszady w spółkach i instytucjach, będących akcjonariuszami banków, niż w samych bankach. Walizki pakuje już szef NFOŚiGW, a prezes Banku Ochrony Środowiska, spółki, której współwłaścicielem jest fundusz, nigdzie się nie wybiera.
Po dymisji Stanisława Żelichowskiego, ministra środowiska, teraz powinna przyjść kolej na szefa Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW), czyli Jerzego Pietrewicza. Sprawa jest o tyle istotna, że fundusz ma 44,3-proc. udział w Banku Ochrony Środowiska. Na politykę tej instytucji Polskie Stronnictwo Ludowe miało ostatnio spory wpływ.
— Tak, oczekuję dymisji. Zmiana władz w resorcie ochrony środowiska powoduje prawie automatyczną zmianę władz NFOŚiGW — przyznaje Jerzy Pietrewicz.
Ta dymisja wcale nie musi jednak oznaczać roszad w Banku Ochrony Środowiska. W 2001 r. na stanowisko prezesa tej spółki powrócił Józef Kozioł, były polityk ZSL, obecnie popierany przez PSL.
— Nie obawiam się o swoje stanowisko, bo nie jestem prezesem z klucza politycznego. Mógłbym się martwić o posadę, gdyby wyniki BOŚ były słabe, tymczasem bank rozwija się coraz lepiej — twierdzi Józef Kozioł.
Nie bez znaczenia jest też to, że aby doprowadzić do jego dymisji, nie wystarczą naciski resortu na NFOŚiGW. Konieczna jest też zgoda SEB, skandynawskiego inwestora banku, który ma 47 proc. jego udziałów.
Rozpad koalicji rządowej może pociągnąć za sobą także zwolnienie z funkcji Aleksandra Bentkowskiego, prezesa Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR). Sprawa miała rozstrzygnąć się wczoraj późnym wieczorem. Jeżeli prezes straci posadę, w ślad za nim może pójść kilkunastu (jeśli nie kilkudziesięciu) innych urzędników agencji związanych z PSL.
Wiceminister chce wrócić do banku
Maciej Leśny, podsekretarz stanu w resorcie gospodarki, jest przygotowany do dymisji. Marzy mu się nieco spokojniejsza praca, którą — jak sądzi —mógłby znaleźć w sektorze bankowym.
Więcej w dzisiejszym "Pulsie Biznesu".
Zapraszamy do lektury!