Wyjście z zakrętu

Jacek Zalewski
opublikowano: 2007-12-13 00:00

Gdy już się wydawało, że kwestia reprezentacji Polski w stosunkach z zagranicą jakoś się ułożyła — konflikt prezydenta z premierem wybuchł ze zdwojoną siłą tuż przed ich odlotami (odrębnymi) do Lizbony. Lech Kaczyński odgrzał swoje żądanie uczestniczenia razem z Donaldem Tuskiem również w drugiej części szczytu, czyli w roboczych obradach Rady Europejskiej w Brukseli.

Konstytucja nie doprecyzowuje podziału kompetencji między głową państwa a szefem rządu, wszyscy powinni zatem uszanować obyczaj, który przez kilkanaście lat ukształtował się następująco: sojusz północnoatlantycki jest domeną prezydenta jako zwierzchnika sił zbrojnych, Unię Europejską zaś obstawia premier. Wyjątki były naprawdę wyjątkami: przyjęcie Polski do NATO w 1999 r. świętowali w Waszyngtonie Aleksander Kwaśniewski i Jerzy Buzek, w drugą zaś stronę prezydent Kwaśniewski towarzyszył premierowi Leszkowi Millerowi w uroczystym wchodzeniu do UE (traktat w Atenach w 2003 r. oraz wciąganie flagi w Dublinie w 2004 r., poprzedzone pamiętnym jej wyrywaniem sobie). Formalnie prezydent był szefem delegacji jeden jedyny raz — na mało istotnym szczycie unijno-latynoamerykańskim w Guadalajarze w 2004 r., kiedy

Marek Belka nie otrzymał wotum zaufania.

Te dobre obyczaje — które wybronił jeszcze Kazimierz Marcinkiewicz — wzięły w łeb za premierostwa Jarosława Kaczyńskiego. Bracia przy niedzielnym obiedzie ustalali, który dokąd pojedzie. Prezydent pierwszy raz udał się rok temu na energetyczny szczyt UE do Lahti, ale to akurat miało sens protokolarny ze względu na udział prezydenta Władimira Putina. Później jednak wymienność ról przybrała formę karykaturalną — przed czerwcowym szczytem w Brukseli bracia Kaczyńscy zakpili sobie z całej UE trzymaniem jej do końca w niepewności, który pojedzie — czego unijna wspólnota im nie zapomniała.

Powrót do normalności, czyli prostowanie funkcjonalnych wypaczeń IV RP, przychodzi z niemałym trudem. Honorowy patronat prezydenta Kaczyńskiego nad podpisywaniem przez premiera Tuska i ministra Sikorskiego traktatu w Lizbonie jest „oczywistą oczywistością”. Ale dokładnie tak samo oczywisty będzie powrót głowy państwa w czwartek do domu i przejęcie kierowania polską delegacją na piątkowej części szczytu w Brukseli przez szefa rządu. Prezydent musi się pogodzić z sytuacją, że najzwyczajniej nie mieściłby się tam w formule roboczych obrad. Nawet znana sala polskich konferencji prasowych (którą premier Marcinkiewicz upamiętnił radosnym „yes, yes, yes”, a prezydent Kaczyński wydaniem zakazu pytania od „tej małpy w czerwonym”) byłaby zajęta — przez jej dysponenta premiera.

Najważniejsze, że z niepotrzebnego politycznego zakrętu wyszliśmy i obie skonfliktowane strony dotarły do Lizbony — prezydent wcześniej lotem PLF 101 prosto z Warszawy, a premier swoim PLF 102 przez Paryż, gdzie jego rozmówcami byli prezydent Nicolas Sarkozy i premier Francois Fillon. Wypada docenić, że francuscy gospodarze przyjęli premiera Donalda Tuska dosłownie za pięć dwunasta, tuż przed odlotem własnej delegacji do Lizbony.

Jacek Zalewski