Oczywiście w zależności od układu dni świątecznych, międzynarodowego kalendarza premiera, posiedzeń Sejmu, jakichś wydarzeń specjalnych etc. rząd obraduje również w innych dniach, ale to jednak rzadkość. Notabene trzeba pamiętać, że wiele dokumentów firmowanych przez całą Radę Ministrów przyjmowanych jest w tzw. trybie obiegowym, ale powinien być on zawężony do aktów mniej istotnych, ewentualnie naprawdę bardzo pilnych.
Wybrany 12 grudnia i zaprzysiężony 13 grudnia rząd Donalda Tuska dotrzymuje 19 grudnia wtorkowej tradycji. Inauguracyjne posiedzenie przy prostokątnym stole w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów ma w porządku obrad jeden punkt o znaczeniu strategicznym – projekt ustawy budżetowej na 2024 r. Przygotowywanie i uchwalanie budżetu na przełomie kadencji zawsze wiąże się z dodatkowymi problemami, zwłaszcza gdy zmieniają się ekipy rządzące i to w trybie bardzo antagonistycznym. Gabinet Mateusza Morawieckiego – jeszcze ten prawdziwy, a nie dwutygodniowa atrapa – projekt budżetu wniósł terminowo do Sejmu 29 września 2023 r., to obszerny druk nr 3639 w archiwum zakończonej już kadencji. W ostatnim jej tygodniu, dokładnie 7 listopada, rząd wniósł jeszcze autopoprawkę, polegającą podobno na przesunięciach wydatków, bez zwiększania limitu deficytu. Piszę podobno, ponieważ owa autopoprawka nigdy nie została opublikowana jako druk sejmowy na finiszu poprzedniej kadencji.
Zgodnie z zasadą dyskontynuacji stary druk nr 3639 z tajemniczą autopoprawką przestały 12 listopada o północy istnieć. Projekt budżet bezwzględnie musiał zostać ponownie wniesiony do Sejmu w nowej kadencji, ale premier Mateusz Morawiecki od 13 listopada postanowił tego obowiązku po prostu… nie wykonać. Ponoć zamierzał to zrobić dopiero po uzyskaniu 11 grudnia przez jego dwutygodniowy wyrób rządopodobny sejmowego wotum zaufania, ale nie miał na to szans. Sytuacja stała się zatem absurdalna: rząd Donalda Tuska musi dosłownie biegiem wnieść 19 grudnia projekt – oparty naturalnie na pierwotnym produkcie Mateusza Morawieckiego – którym Sejm od 20 grudnia również z kopyta się zajmie. Andrzej Duda za datę startową pracy nad budżetem uznaje oczywiście… 29 września i bezwzględnie oczekuje najpóźniej 29 stycznia 2024 r. przedłożenia mu ukończonej ustawy do podpisu. Spóźnienie bardzo realnie grozi skróceniem kadencji Sejmu (automatycznie i Senatu) oraz rozpisaniem kolejnych wyborów.
Na całe szczęście Rzeczpospolita Polska w kwestii budżetu jest konstytucyjnie znacznie mądrzejsza od Stanów Zjednoczonych Ameryki. Jeśli 1 stycznia jeszcze nie istnieje w obiegu prawnym ustawa budżetowa (a zwykle nie istnieje), to nasze państwo nie wpada w stan zapaści wydatków publicznych. Rząd prowadzi gospodarkę finansową na podstawie wniesionego do Sejmu przynajmniej do sylwestra projektu, który zawsze jakoś udaje się skonstruować. Obecna sytuacja nie jest aż tak zła, ale oczywiście bardzo daleka od normalności. W tych okolicznościach całkiem rozsądnym wyjściem byłoby błyskawiczne uchwalenie ustawy o prowizorium budżetowym, tylko na pierwszy kwartał 2024 r. Dałoby to czas na spokojne sprawdzenie przez nowy rząd prawdziwego stanu finansów państwa, w szczególności zaś rozmiarów strumienia publicznych pieniędzy puszczanych bokiem całkowicie poza ustawą budżetową. W dziejach III RP taka furtka proceduralna została wykorzystana tylko raz, gdy rząd Jana Olszewskiego nie był w stanie ogarnąć całego budżetu na 1992 r. i Sejm uchwalił właśnie okresowe prowizorium. Całoroczna ustawa została uchwalona dopiero w… czerwcu, czego zresztą tamten rząd już nie doczekał.

