Wypaczony sens startowania do PE

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2024-05-05 20:00

Narodowa majówka nie była żadnym odpoczynkiem dla klasy politycznej, wszak rozpoczyna się ostatnia prosta przed wyborami do Parlamentu Europejskiego (PE).

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

27 unijnych państw głosuje w długi weekend 6-9 czerwca 2024 r., każde w swoim tradycyjnym dniu wyborczym, przy czym zdecydowana większość – w tym Polska – w niedzielę, 9 czerwca. Co ciekawe, wszelkie wyniki sondażowe zostaną opublikowane w całej UE jednolicie w niedzielę dopiero o godz. 22, gdy zakończą Włochy.

2 maja definitywnie zapadła klamka i zostały zgłoszone do rejestracji ostateczne już listy kandydatów do PE w 13 okręgach. Główne partie oznajmiały je od wielu dni, ale do końca trwały jeszcze targi i następowały przesunięcia. Obecnie dopuszczalne są już wyłącznie skreślenia z list, ale bez uzupełniania ich innymi kandydatami. Notabene wstępnie zarejestrowało się aż… 40 komitetów wyrażających chęć zgłoszenia kandydatów, ale zdołało to zrobić tylko osiem. Pozostałe partyjki i organizacje co najwyżej przypomniały publicznie o swoim istnieniu, zachowują także możliwość obsadzania obwodowych komisji wyborczych. Z ósemki, która zebrała wymagane podpisy wyborców, teoretyczne szanse na zdobycie mandatów do PE ma jedynie obecna piątka sejmowa: Prawo i Sprawiedliwość, Koalicja Obywatelska, Trzecia Droga, Lewica oraz Konfederacja. Egzotyczne komitety Normalna Polska, Polexit oraz Strajk Przedsiębiorców osiągnęły i tak ogromny sukces, że w ogóle trafią na karty do głosowania, ale ich urobek będzie śladowy.

Proporcjonalna ordynacja do PE jest podobna do sejmowej, ale jednak inna. Przede wszystkim jednym wielkim okręgiem, na poziomie którego następuje rozdział 53 polskich euromandatów pomiędzy partie, jest cały kraj. Państwowa Komisja Wyborcza sumuje wszystkie głosy i ustala, które komitety osiągnęły próg co najmniej 5 proc. głosów ważnych, a następnie XIX-wieczną metodą Victora D’Hondta, czyli wyliczeniem kolejnych ilorazów, przyznaje mandaty. Ten zgrubny rezultat 9 czerwca może zatem brzmieć np. tak: PiS 21, KO 20, TD 8, Lewica 2, Konfederacja 2. To arytmetyczna impresja na podstawie sondaży, przy założeniu, że D’Hondt także tym małym coś przydzieli. Ten pierwszy podział jest czysty i uczciwy, czego absolutnie nie można powiedzieć o fazie drugiej, czyli rozdziale puli zdobytej przez dany komitet na okręgi. Ogromną jej wadą jest uwzględnianie suchej liczby głosów, a przecież liczebność 13 okręgów jest bardzo zróżnicowana. W najludniejszym nr 10, obejmującym złączone województwa małopolskie i świętokrzyskie, uprawnionych jest około 3,7 mln wyborców, natomiast na drugim biegunie, w okręgu nr 2 kujawsko-pomorskim – zaledwie 1,6 mln. A zatem w odróżnieniu od wyborów do Sejmu, gdzie na jeden mandat poselski z grubsza przypada – przynajmniej teoretycznie – bardzo zbliżona liczba mieszkańców, w wyborach do PE jest zupełnie inaczej. Dlatego wielkie znaczenie ma okoliczność, do którego okręgu dana partia rzuca swoich najwierniejszych synów. Oczywiście w każdym realnie liczą się tylko kandydaci z jedynek lub dwójek.

Specyfika proceduralno-arytmetyczna, a w tym roku także polityczna, sprawia, że główne parte postanowiły rzucić do walki głośne nazwiska. Prezes Jarosław Kaczyński nieprzypadkowo wystawił takich skandalistów, jak Daniel Obajtek, Jacek Kurski, Mariusz Kamiński czy Maciej Wąsik. Z rządu Donalda Tuska rejterują ministrowie, którzy dopiero co rozpoczęli kadencję: Marcin Kierwiński, Borys Budka, Bartłomiej Sienkiewicz czy Krzysztof Hetman. Generalnie zapowiada się ostra jak nigdy wcześniej konfrontacja niby europejska, ale tak naprawdę w sprawach krajowych. Listy fachowych – i koniecznie znających biegle chociażby jeden ogólnounijny język! – kandydatów do legislacyjnego PE we wszystkich partiach powinny wyglądać zupełnie inaczej. Niestety, 9 czerwca elektorat przyciągną i wynik mogą zrobić tylko głośne nazwiska, które przykładowo wymieniłem.