Dziś kobiety codziennie chcą być atrakcyjne, a seksowna bielizna daje im to poczucie — uważają szefowie Gai.
Opowiadanie o naszych produktach nigdy nie odda o nich całej prawdy. Trzeba zobaczyć je na kobiecie, a wtedy komentarz będzie zbędny — mówią właściciele białostockiej firmy Gaia, produkującej delikatną kobiecą bieliznę.
Osiem lat temu Andrzej Kuźmicki i Andrzej Ciulkin przejęli upadający zakład szyjący garnitury i bieliznę.
Mocne wejście
— Tego potencjału nie można było zmarnować. To niezwykle doświadczona załoga. Jej oryginalne konstrukcje staników zdobywały uznanie rynku. Dawały nam dobrą pozycję wyjściową — wspomina Andrzej Kuźmicki, prezes Gai.
Panowie postanowili mocno wejść na rynek i zaatakować konkurencję nowymi produktami.
— Kluczem były lepsze jakościowo surowce, bo o jakość szycia nie musieliśmy się martwić. Zaczęliśmy tworzyć wyłącznie z materiałów zachodnich, kupowanych w Hiszpanii, Francji i Włoszech od dostawców najsłynniejszych marek — mówi Andrzej Ciulkin, dyrektor generalny.
Zastrzyk świeżości
Przełom nastąpił w 2000 r. Szefom Gai udało się ściągnąć do firmy dwie specjalistki — projektantkę i technologa — które wcześniej pracowały dla firm zachodnich.
— Przeszliśmy do innych klientów, na wyższą półkę. Kosztowało to dużo wysiłku, bo konieczne były nakłady na promocję, ale się opłaciło. Na rynku zaczęto nas coraz bardziej poważać — opowiada prezes Kuźmicki.
Intymny biznes kręcił się jak nigdy wcześniej.
— Wynikało to również z tego, że w ostatnich latach Polki zmieniły myślenie o bieliźnie. Kiedyś biustonosz miał być praktyczny i podtrzymywać biust. Teraz musi być subtelny i zmysłowy — tłumaczy tajemnicę sukcesu Andrzej Kuźmicki.
Tekstylny zegarmistrz
Gaia znalazła też swoją niszę — nastawia się głównie na duże rozmiary. Aby nadążyć za trendami i wiedzieć, co będzie modne, producenci jeżdżą na pokazy do stolic światowego gorseciarstwa — Paryża i Lyonu. Ale zdarza się, że proroctwa kreatorów się nie sprawdzają. Tak było dwa lata temu z zapowiadaną modą na motywy safari.
— To miał być hit, ale u nas się nie przyjął. Może był zbyt odważny? Polki wciąż wolą biustonosze zabudowane i uważają, by nie były zbyt przezroczyste — mówi Andrzej Kuźmicki.
Produkcja w Gai jest żmudna i precyzyjna. Aby stworzyć jeden stanik, potrzeba aż około 20 surowców, m.in. taśm, wkładek, fiszbinów, haftek, mikrofibry. A produkt musi być wygodny i dokładnie skrojony.
— Mówi się, że gorseciarka to tekstylny zegarmistrz. To prawda, bo trzeba tu dużo finezji i cierpliwości — potwierdza Andrzej Ciulkin.
Jest praca, nie ma chętnych
Bez dobrej nazwy nie ma handlu, dlatego produkty Gai dostają melodyjne imiona: Amelia, Nicoletta, Cornelia, Aurelia, Dolores. Bielizna firmy zdobyła uznanie m.in. w Niemczech, Francji, Danii, Czechach, Rosji, na Ukrainie, w Izraelu. Teraz właściciele chcą podbić Anglię i kraje skandynawskie. Nie darmo zdobyli w ubiegłym roku tytuł Lidera Eksportu w kategorii Ekspansja.
Większe zamówienia przyniosły wzrost zatrudnienia. Na początku pracowało tu około 70 osób, dziś blisko 110. Szefowie najbardziej są dumni z relacji międzyludzkich, jakie panują w firmie.
— Stworzyliśmy załogę, która doskonale się rozumie. To nie żołnierze do wykonywania zadań, ale ludzie kreatywni, którzy sami wiedzą, że powinni się rozwijać — mówi Andrzej Kuźmicki.
Możemy jeszcze więcej
Cel na najbliższe lata? Zdobywanie kolejnych rynków, wyższa produkcja i obroty.
— Jakością i surowcami nasze wyroby nie ustępują najbardziej znanym światowym markom. Produkt z klasą to nasza broń, dzięki której otwieramy drzwi do kolejnych rynków w Europie — mówi dyrektor Andrzej Ciulkin.
— Nie czujemy już ograniczeń. Niby dlaczego jakiś rynek ma być dla nas nie do zdobycia? Wszystko co najlepsze jeszcze przed nami — dodaje prezes Andrzej Kuźmicki.



