Urząd Regulacji Energetyki zdecydował, że w przyszłym roku ceny energii dla gospodarstw domowych pozostaną regulowane. Na liberalizację rynku będziemy musieli poczekać, co nie jest dobrą wiadomością. Jedynym i w sumie niebagatelnym pozytywem tej decyzji jest to, że samo uwolnienie cen liberalnego rynku jeszcze nie czyni. Wzrost cen energii jest przesądzony, a decyzja URE to jedynie złagodzenie i odroczenie wyroku w czasie. Pytanie, jak ten czas zostanie wykorzystany.
Okres względnie taniej energii mamy już za sobą. Polska energetyka potrzebuje dziesiątek miliardów złotych — na drożejący węgiel, na inwestycje w nowe moce (bo — mówiąc kolokwialnie — zaczynamy jechać po bandzie), na zakup praw do emisji dwutlenku węgla, wreszcie na modernizację sieci przesyłowych. Bez kredytów się nie obędzie, ale bez podwyżek cen też nie. Z tego punktu widzenia decyzja URE to dla energetyki gorzka pigułka.
Jednak jest i druga strona medalu. Mimo teoretycznej swobody wyboru dostawcy trudno dziś mówić o wolnym rynku energii — firmy energetyczne nie muszą ze sobą konkurować w warunkach oligopolu (w którym w dodatku część koncernów ma jednego państwowego właściciela). W obawie przed buntem silnych w tym sektorze związków zawodowych (które wywalczyły wieloletnie gwarancje zatrudnienia) nie tną kosztów, bo po co. Rozwiązanie tych problemów leży jednak poza kompetencjami URE. Dlatego urząd odsunął problem na parę miesięcy (tylko częściowo, bo pewnie brak podwyżek dla gospodarstw domowych energetyka zrekompensuje sobie podwyżkami dla firm). A nadzieje na jego rozwiązanie są mizerne.
Adam Sofuł