„Puls Biznesu”: Kiedy to się zaczęło — pani polityczne życie?
Julia Pitera, posłanka PO: W 1991 roku, w Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy. Jak wielu, żywiłam wówczas naiwną nadzieję, że gdy dzień po zwycięskich wyborach z 4 czerwca 1989 roku wyjrzę przez okno, zobaczę pięknie ostrzyżone trawniki i matki z dziećmi pełne szczęśliwości. Trochę to się sprawdziło, bo ludzie byli wtedy w innych nastrojach. I w tym sensie: słońce zaświeciło.
No a potem wkroczyła pani do
Porozumienia Centrum.
Środowisko późniejszej Unii Wolności było dla mnie odpychające. Ci ludzie zachowywali się, jakby mieli receptę na Polskę. Te wypowiedzi w telewizji, że społeczeństwo nie dorosło do demokracji... Pod hasłem kultury politycznej próbowali narzucić nam całkiem niedemokratyczne normy.
Ostro… To tak różne było środowisko
„pecetów”?
W porównaniu do Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego — próżnego i pysznego — grupa skupiona na początku lat 90. wokół PC była otwarta na dyskusje. Pamiętam, że mówiłam Jarosławowi Kaczyńskiemu, by zarejestrował partię o profilu centrowym, opowiadającą się za gospodarką wolnorynkową, ale nie na tak wariackich papierach, jak wersja Leszka Balcerowicza. Chadecję w najlepszym tego słowa znaczeniu. Niestety, były to tylko pobożne życzenia tych, którzy się z tą partią identyfikowali. Wyłoniła się bowiem grupa „przybocznych” Jarosława Kaczyńskiego, którym dalekie były te ideały. Kiedy słyszę, że Donald Tusk ma dwór i nie można się z nim normalnie kontaktować, przypomina mi się tamta wstrętna kamaryla, którą tworzyli m.in. Andrzej Anusz, Piotr Wójcik i Adam Glapiński. Skutek? Wszystko zaczęło się szybko sypać.
Skoro polityka okazała się tak
odpychająca, trzeba było w niej nie zostawać.
Człowiek, który dąży, by świat był lepszy, a chce się zaangażować w coś więcej niż życie zawodowe, nie może się na ten świat obrażać. Podjęłam pracę w URM w Biurze Reformy Administracji Publicznej, gdzie nauczyłam się mechanizmów władzy. Poznałam siłę samorządu terytorialnego i to także sprawiło, że po odejściu z URM zgłosiłam się na listę Prawicy Razem i postanowiłam powalczyć o mandat radnej. I tak zaczęła się moja „kariera polityczna”.
A walka z korupcją?
W 1995 roku rozpoczęłam od sprawy „gruntów Glapińskiego”: deweloperzy wyłudzili ziemię od Warszawy, nie dając miastu nic w zamian. Toczyła się i druga sprawa związana ze specuchwałą rady gminy Centrum, przyznającą szczególnie zasłużonym dla Warszawy mieszkania komunalne niemal za bezcen. To były impulsy do działania.
Ci, krórzy pani nie lubią, zarzucają,
że Transparency International Polska stała się trampoliną do kariery.
Wie pan, jak wyglądał mój pierwszy dzień w Sejmie minionej kadencji? Wśród posłów była też grupa samorządowców. Przychodzili i mówili: dzień dobry pani Julio, w roku tym i tym mieliśmy u nas w gminie taką sprawę i pani była na procesie sądowym. Nikt się nie odważył zarzucić mi braku profesjonalizmu... Za mną świadczą 2000 akt w Transparency oraz 400 tomów akt w biurze poselskim. Zresztą, gdyby to były tylko papiery…
Długotrwała robota. Ale skąd dziś u nas
ciągłe poczucie, że żyjemy w skorumpowanym kraju?
PiS zabrał się do zwalczania korupcji, nie mając pojęcia, jak należy to robić. Dowód? „Oddział zbrojny” — CBA. Tyle że w minionych dwóch latach nie zmieniły się w zasadzie rozwiązania systemowe w zwalczaniu korupcji. I możemy ją tak sobie ścigać aż do własnej śmierci...
Polityk to także pani zawód.
Najpierw — tylko hobby. Może dlatego, że moja rodzina w ogóle była rozpolitykowana. Ojciec czytał gazety — między wierszami. Kupował jakieś „Nowe Drogi”, choćby z okazji X Plenum KC PZPR czy innych przełomowych wydarzeń i doskonale wyczytane treści interpretował. To był mistrz w prognozowaniu historii. Jeszcze pod koniec lat 70. powiedział mi, że to ostatnie podrygi komunizmu w Polsce. Prorokiem był. l
Rodowita warszawianka
Zaczęło się od
„Solidarności”, do której Julia Pitera wstąpiła w 1981 r. (należała do 1991 r.).
Zanim została politykiem Platformy Obywatelskiej — i jej posłem na Sejm — działała w Porozumieniu Centrum.
Pracowała też w Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy, w Biurze Reformy Administracji Publicznej oraz Biurze Pełnomocnika Rządu ds. Reformy Administracji Publicznej.
W 1994 r. — z poparcia Unii Polityki Realnej — po raz pierwszy wybrano ją radną Rady Warszawy.
W latach 2001-2005 była prezesem Transparency International Polska.
W wolnych chwilach, których — jak sama przyznaje —
ma niewiele, uwielbia czytać literaturę kryminalną, oglądać filmy, podróżować po
Polsce.