Wczoraj inwestorzy w Stanach byli bardzo niezdecydowani. Nastroje falowały. Początek sesji bardzo słaby, potem szybkie wejście na plusy i znowu spadek. Widać wyraźnie, że fundusze mają dużo gotówki, ale część inwestorów boi się rosnących stóp procentowych. W przyszłym tygodniu ten strach chwilowo zniknie, ale o tym napiszę w komentarzu tygodniowym. Wczoraj wszyscy doskonale wiedzieli, że mała inflacja uspokoiłaby rynek, ale byki nie dostały tego, na co czekały. Inflacja na poziomie konsumenta wyraźnie wzrosła. Można jednak było te dane interpretować pozytywnie. Wzrost inflacji, przy rosnącej sprzedaży detalicznej, oznacza, że firmy mogą podnosić ceny i zwiększać zyski. Z przebiegu sesji widać, że część inwestorów tak właśnie te dane odebrała.
Poza tym bardzo dobre były dane o bilansie handlu zagranicznego. Znacznie wzrósł zarówno eksport (dzięki słabemu dolarowi) jak i import (na skutek ożywienia gospodarczego). Dobre dane kolejny raz wywołały wzrost rentowność obligacji, chociaż pod koniec sesji widać już było lekką realizację zysków. Wynikami spółek za bardzo się nie przejmowano. Głównym tematem były stopy procentowe i obawiam się, że w tym tygodniu tak będzie nadal. Sytuacja techniczna jest w tej chwili jasna — o rekordach trzeba zapomnieć, ale to nie znaczy, że rozpoczęła się bessa.
Wczoraj w Eurolandzie widać było autentyczny niepokój, który zwiększyły dane o inflacji w USA. Spokojna reakcja rynku kasowego w USA pozwoliła na odrobienie części strat, dzięki czemu nie powstały sygnały sprzedaży, ale atmosfera znacznie się pogorszyła. Dzisiaj inwestorzy będą reagowali na wczorajsze wyniki Advanced Micro Devices i Texas Instruments. Potem najważniejszy może być wynik Citigroup. Po sesji o nastroju zadecyduje IBM, ale często jest tak, że spółki kolosy takie jak IBM, Microsoft czy GE nie wpływają na nastroje tak jak jeszcze dwa lata temu.
Ze sfery makro też dotrą ważne informacje. Inwestorzy nie będą przejmowali się tygodniowymi danymi z rynku pracy — wszyscy już dawno założyli, że będą dobre, a jeśli nie byłyby znakomite, to powiedzą, że jeden tydzień o niczym nie świadczy. Bardziej istotne będą dane o indeksie NY Empire State pokazującym, jaka jest sytuacja w gospodarce w regionie Nowego Jorku, a jeszcze bardziej istotne o podobnym indeksie z Filadelfii. Problem w tym, że ten drugi raport dotrze na rynek po naszej sesji, więc nie będziemy mieli szans, żeby nań zareagować. A nie zawsze to, co pokazuje indeks z Nowego Jorku, zgadza się z tym, co widać w Filadelfii. Ale może i lepiej, że tak będzie. Dobre dane wywołałyby u nas wzrosty indeksów, a może się okazać, że inwestorzy w USA znowu przestraszyliby się rosnących stóp procentowych. W miarę dobre dane i raporty kwartalne wywołałyby odbicie indeksów choćby z tego powodu, że rynek obligacji domaga się już korekty (chwilowego spadku rentowności).
Na GPW wczoraj nie było cudów — na rynku zagościła korekta. Obroty były nadal spore, co pokazuje, że walczą duże kapitały, a to jest plus dla rynku. Warte podkreślenia jest to, że spadki w większości przypadków były relatywnie niewielkie mimo tego, że na przykład w Budapeszcie indeks spadał tyle ile we wtorek rósł. Gdyby nie dane o amerykańskiej inflacji, to byłoby dużo lepiej, ale tak jak i w całej Europie właśnie te dane postawiły kropkę nad „i”. Nie można wykluczyć, że bardzo dobre dane o eksporcie naszemu rynkowi wczoraj pomagały. Bardzo odporne na korektę były akcje mniejszych spółek. Sama korekta na razie nie jest groźna i może się tak szybko skończyć jak się zaczęła. Wystarczy lekka poprawa sytuacji na rynkach światowych. Widać to było wyraźnie na przykład w końcówce sesji, kiedy indeksy w USA zaczęły odrabiać straty. Posiadacze akcji nie powinni na razie się niepokoić, bo w krótkim terminie nie widać zagrożenia dla trendu wzrostowego, co nie znaczy, że korekta się nie przedłuży.