Sposób zdobywania sponsora sprowadza się zasadniczo do trzech podstawowych etapów. Po pierwsze, należy znaleźć absolwenta, który jest miliarderem. Po drugie, zaprasza się go na obiad z rektorem, aby – w fazie trzeciej – wspomnieć mimochodem, że hojny i wielce szanowany sponsor może liczyć na nazwanie jego imieniem nowego budynku za cenę, bagatela, 30 mln USD.
Pomnik na macierzystym wydziale, uznanie i rozgłos w mediach, zazdrość dawnych kolegów z uczelni, no i, oczywiście, ulga podatkowa - to tylko niektóre z korzyści takiego układu, więc oferta jest nader kusząca.
Jednakże, wbrew oczekiwaniom, zarząd Yale postanowił, że nikt z żyjących nie zostanie patronem nowych budynków, nawet gdyby oferował sfinansowanie całej inwestycji. Roland Betts z zarządu uczelni powiedział "The Yale Daily News", że nawet dotacja warta 1 mld USD nie skłoni uniwersytetu do takiej decyzji.
Wygląda na to, że Yale nie ulegnie popularnemu obecnie trendowi umieszczania wszędzie, gdzie się da – na budynkach, ławkach parkowych czy nawet toaletach muzealnych – tablic i tabliczek z imieniem i nazwiskiem sponsorów. Prawdopodobnie władze uczelni pozostaną przy zwyczaju dedykowania budynków postaciom i miejscom historycznym oraz dawnym rektorom.
Autor artykułu ubolewa nad faktem, że obecnie każdy właściciel sieci
restauracyjnej może zostać patronem biblioteki – wystarczy, że wyłoży pieniądze
na jej budowę czy remont. Wspieranie edukacji jest bez wątpienia szczytnym celem
i powinno się odbywać ze szlachetnych pobudek, a nie dla taniego rozgłosu i
wszechobecnych plakietek.