Z K2 mam niewyrównane rachunki

Karolina Guzińska
13-12-2002, 00:00

Zdobył dziewiczy Gasherbrum III. I Gasherbrum II. Wycofał się spod K2. Z górami łączy go wiele — także osobiste tragedie. Romantyk, ale i realista — z konieczności pogodził się z obecnością telewizji na karku himalaistów. Janusz Onyszkiewicz, dziś prezes Polskiego Związku Alpinizmu, ściska kciuki za wyprawę Krzysztofa Wielickiego, która pierwsza chce zimą zdobyć właśnie K2.

- „Puls Biznesu”: Czy na alpinizmie można zarobić?

Janusz Onyszkiewicz: — Z samego wspinania wyżyć się nie da. Ale ze sposobu, w jaki to się potem sprzedaje — owszem. Wielu wybitnych alpinistów objeździło świat z odczytami — np. Reinhold Messner, najbardziej utytułowany himalaista świata, czy Chris Bonnington. Tak zarabiali na życie. Trochę jak politycy na emeryturze — choćby byli prezydenci Wałęsa czy Clinton.

- Polski himalaizm święcił tryumfy w czasach PRL. I były na jego rozwój państwowe pieniądze.

— Rzeczywiście. Kiedy się wspinałem w wysokich górach, w Polsce i w krajach bloku socjalistycznego nad alpinizmem roztaczał się wyłącznie mecenat państwowy. Ale w krajach zachodnich już dawno takiego opiekuna nie było. W Wielkiej Brytanii alpinizm wspiera fundusz everestowski, utrzymywany z dotacji — w głównej mierze wielkiego biznesu. Każda wyprawa jest dotowana przez firmy. Ale pośrednio: alpiniści, którzy czerpią z funduszu everestowskiego, nie muszą reklamować konkretnych przedsiębiorstw.

- Czy w Polsce może powstać taki system? Chciałby Pan, by i u nas obowiązywał?

— Nie wiem, czy to możliwe, ale dobrze by było, gdyby taki model wprowadzono. Bo wtedy wyprawa nie ma długu wdzięczności wobec producenta piwa, elektroniki czy czegoś innego. Każda z tych firm natomiast może się chlubić, że wspiera ideę, lecz nie konkretną ekspedycję. No ale u nas jest, jak jest... Nie da się sfinansować wyprawy z własnych środków — z odczytów czy książek o alpinizmie. Nie ma rady, musimy się z pogodzić ze sponsoringiem.

- W jaki sposób Polski Związek Alpinizmu wspiera wyprawy?

— W niewielkim stopniu uczestniczymy w kosztach. Mamy niewielki budżet. Ale możemy zaświadczyć, że ekspedycja ma ambitny cel — i ułatwić szukanie sponsorów.

- 16 grudnia Krzysztof Wielicki zabiera na wyprawę na K2 — ma być to pierwsze zimowe wejście — telewizję. Jeśli wyprawa się nie powiedzie albo komuś coś się stanie, to — miast spopularyzować wyprawy — relacja w mediach może im zaszkodzić...

— Mogę się odwołać do własnych doświadczeń. Bardzo interesującą wyprawą — także medialnie — była letnia ekspedycja na K2. Miała wielką dramaturgię... Bardzo dobrze walczyliśmy, choć zabrakło trochę do szczytu. A wspinaczka na Gasherbrumy, którą kierowała Wanda Rutkiewicz... Powstał wtedy wstrząsający film — nie dosłownie o drodze na szczyt, lecz o tym, co się działo w bazie. O konfliktach, dylematach, rozmowach... By taki obraz powstał, nie trzeba się ruszać z obozu! Ale gdy od operatora oczekuje się, że będzie szedł wyżej i wyżej... To się może tak źle skończyć — jak dla Stanisława Latałło (operatora, znanego też z głównej roli w „Iluminacji” Zanussiego), który wspinał się na Lhotse. I zginął...

- Góry to nie sport dla mas. Czy wobec tego media mogą je dobrze sprzedać?

— „Sprzedać”... Dajmy sobie z tym słowem spokój — góry to nie towar... Media mogą je ludziom przybliżyć. Pokazać, dlaczego inni się wspinają i co w tym odnajdują. Że to nie wariactwo, które może być tylko ciekawostką.

- Zazdrości Pan Wielickiemu tej wyprawy?

— Ogromnie! Mam z K2 niewyrównane rachunki z dawnych lat... Bardzo bym chciał, by mu się udało i żeby Polacy kontynuowali serię sukcesów zimowych w Himalajach. Daję mu jednak 60 proc. szans, bo to bardzo trudne zadanie...

- A wycieczki komercyjne w Himalaje — to głupota, czy brak wyobraźni?

— Wyprawy komercyjne ułatwiła ewolucja sprzętu alpinistycznego. I zarazem obniżono wymagania, stawiane ich uczestnikom. Biwakowanie na dużych wysokościach bez namiotu — a nawet bez śpiwora! — nie jest dziś jednoznaczne z wyrokiem śmierci — jak dawniej. W górach kręci się teraz więcej ludzi. Można liczyć na pomoc: przyleci helikopter i poszkodowanego zabierze. Ale fakt, pogoń za klientami sprawia, iż selekcja jest niedostateczna. Firmy komercyjne stają wobec pokusy, by przymykać oczy na niedomogi kandydatów.

- W prasie — nawet specjalistycznej — pojawiają się ogłoszenia gwarantujące, że klient dotrze na szczyt.

— Są wyprawy organizowane przez alpinistów z dużym doświadczeniem, ale są też inne. PZA nie ma możliwości tępienia naciągaczy. Ale uświadamia ludziom zagrożenia. Lepiej mówić o dużej szansie, że cel zostanie osiągnięty — zawsze przecież można klienta wnieść na plecach.

- I to alpinizm?

— No nie!

- Czy najwyższe góry powinny być zarezerwowane dla specjalistów?

— Proszę pani, żadne góry nie mogą być dla nikogo zarezerwowane! Każdy, kto uważa, że jest odpowiednio przygotowany, może tam pójść — tak samo jak otwarte są morza i oceany. Trzeba tylko uświadamiać ludziom ryzyko. Wtedy niech sami podejmą decyzję.

- Ma Pan trzy pasje: matematykę, góry i politykę...

— Cztery. Bo ja do gór przyszedłem z jaskiń. To dość naturalne — jaskinie, którymi zajmowaliśmy się w Speleoklubie Warszawskim, były latem zalewane przez wodę. Zacząłem więc wspinać się w Tatrach. I to doprowadziło mnie do Himalajów.

- Góry to chyba Pańska najtrudniejsza miłość?

— Obie żony zginęły: pierwsza w jaskini, druga w górach. Ale to mnie nie powstrzymało od gór...

- To dlaczego przestał Pan się wspinać?

— Wessała mnie polityka. Wróciłem do kraju po paroletnim pobycie za granicą w 1979 r., kiedy już narastał kryzys polityczny. Było to w pewnym sensie wygodne rozwiązanie.

- Bo...

— Bo uwolniło mnie od problemu, który mają wszyscy sportowcy: kiedy odejść... Tak sobie myślałem — lata idą, a ja będę się wspinał z coraz młodszymi. A oni popatrzą na siebie i powiedzą: ten Onyszkiewicz to podobno dobrze się wspinał... to chyba mit? Na szczęście przestałem się wspinać po serii sukcesów w górach.

- Co uważa Pan za największe osiągnięcie? W górach.

— Zdobycie Gasherbrum III w 1975 r. W końcu był to 15. co do wysokości — i wówczas niezdobyty — szczyt świata. To jest i już pozostanie najwyższy samodzielny szczyt — a nie jakiś boczny wierzchołek w masywie — zdobyty przez Polaków. A jeśli chodzi o jaskinie — zejście na dno Jaskini Śnieżnej, która w 1961 r. była czwartą co do głębokości na świecie.

- Podczas wyprawy na Gasherbrumy był Pan zastępcą kierownika — Wandy Rutkiewicz...

— Chcieliśmy doprowadzić do wyprawy i na Gasherbrum II, i Gasherbrum III: są blisko siebie. Wyprawa miała składać się z części męskiej i kobiecej. My planowaliśmy wejście na Gasherbrum II, kobiety miały zaatakować Gasherbrum III. Ale pozwolenie dostaliśmy tylko na szczyt „kobiecy”. W grę wchodziło i to, jak te nasze kobiety poradzą sobie same w Pakistanie — kraju muzułmańskim. No i zespół męski dołączył jako pomocniczy. Oczywiste było, że Wanda Rutkiewicz będzie szefową wyprawy, a ja — jej zastępcą.

- A męska ambicja nie cierpiała?

— Trochę. Były też obawy i jakiś kompleks — bo nie bardzo wiadomo było, po co ci mężczyźni tam są. W tej sytuacji — „Szerpowie” dla naszych wspaniałych koleżanek... Trochę za mało, jak na męskie ambicje. Ale w końcu dostaliśmy pozwolenie wejścia na Gasherbrum II — i wtedy sytuacja się wyklarowała. A potem w ogóle wszystko się pomieszało i skończyło się na zdobyciu Gasherbrum III przez zespół mieszany...

- A największa porażka?

— K2 można uznać za porażkę. Ale godną, z honorem. Nie mam poczucia niesmaku, zmarnowanej szansy. Myślę, że wykorzystaliśmy ją w takim stopniu, w jakim pozwoliły nam warunki i pogoda.

- Wróci Pan jeszcze w góry?

— Nie bardzo mam czas... No i nie byłbym już w stanie podołać wielkim wyzwaniom sportowym...

Janusz Onyszkiewicz — matematyk, działacz polityczny, alpinista i speleolog — urodził się w 1937 r. Studiował matematykę na Uniwersytecie Warszawskim i tam też w1967 r. zrobił doktorat. Pracował w Polskiej Akademii Nauk, później na UW. Brał udział w wydarzeniach marcowych 1968 r. na uniwersytecie — jako członek kadry naukowej organizował pomoc i wsparcie dla studentów. W latach 1976-79 wykładał na uczelniach zagranicznych: w Leeds, Oxfordzie, Londynie, Manchesterze, Paryżu. W sierpniu 1980 r. brał udział w strajku w Stoczni Szczecińskiej, później organizował na UW akcję poparcia dla strajkujących. W latach 1980-81 działacz NSZZ Solidarność Regionu Mazowsze. W stanie wojennym — internowany. Uczestnik obrad Okrągłego Stołu. Poseł Sejmu kontraktowego (1989-90) a potem nieprzerwanie w Sejmie aż do roku 2001. W latach 1990-92 wiceminister obrony narodowej. W lipcu 1992 r. mianowany ministrem obrony narodowej w rządzie Hanny Suchockiej — był nim do października 1993 r. i ponownie — od 1997 r. — w rządzie Jerzego Buzka. Dziś pracownik Centrum Stosunków Międzynarodowych. Alpinista, uczestnik wypraw w Himalaje, Karakorum, Hindukusz. W 1975 r. zdobył Gasherbrum II (8035 m). Jako speleolog ma na koncie m.in. pierwsze zejście na dno Jaskini Śnieżnej w Tatrach. Od 2001 r. jest prezesem Polskiego Związku Alpinizmu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Guzińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Z K2 mam niewyrównane rachunki