Choć działanie na rynku opieki zdrowotnej w Polsce nie jest ani łatwe, ani tanie, to prywatne lecznice patrzą w przyszłość z optymizmem...
— Przez ostatnie 15 lat wiele się w branży wydarzyło: pojawiły się nowe usługi i nowi usługodawcy. Brakuje jeszcze potężnego wsparcia inwestycyjnego, więc wszystko przed nami — mówi Agnieszka Szpara, prezes Medicover.
Prywatna służba zdrowia optymistycznie patrzy w przyszłość — okoliczności są sprzyjające.
— Wzrost gospodarczy i spodziewane inwestycje oraz rosnący popyt na usługi medyczne czy zmiany kulturowe związane z docenianiem profilaktyki — tworzą zachęcające przesłanki dla wchodzenia na rynek usług medycznych w Polsce. Ale prawdziwym sygnałem dla nowych graczy byłby sensowny system dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych — podkreśla Marcin Halicki, prezes Lux Med i Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Prywatnej Służby Zdrowia.
Prywatnym lecznicom sprzyja też zła sytuacja publicznej służby zdrowia. Zniechęceni oczekiwaniem na lekarza i fatalnymi warunkami w państwowych przychodniach pacjenci przenoszą się do prywatnych lecznic.
— Na ochronę zdrowia wydaje się w Polsce — według różnych szacunków — 50-60 mld zł. Ponad połowa tej kwoty, 33 mld zł, pochodzi z Narodowego Funduszu Zdrowia. Reszta przypada na prywatną opiekę zdrowotną. Brak zmian w publicznej służbie zdrowia powoduje, że pacjenci szukają profesjonalnej i kompleksowej opieki gdzie indziej. W niektórych dziedzinach, jak np. stomatologia, publiczna służba zdrowia ustąpiła pola prywatnej — przekonuje Jacek Rozwadowski, dyrektor marketingu i sprzedaży Centrum Medycznego Enel-Med.
Jak w stajni Augiasza
Główne bariery rozwoju prywatenej służby zdrowia? Nierówne traktowanie podmiotów prywatnych przy rozdziale środków z NFZ, co blokuje świadczenie wysokospecjalistycznych usług, i brak znaczących odliczeń przy udokumentowanych wydatkach na prywatne leczenie oraz bliżej nieokreślone kierunki reformy służby zdrowia.
— Rynek w końcu wymusi szczegółowy opis systemu, ustalenie koszyka świadczeń gwarantowanych czy wyjaśnienie kwestii ubezpieczeń publicznych. Pacjent musi wiedzieć, za co płaci, jakie usługi mu przysługują, czego może oczekiwać. Czyli korzystać ze swoich pieniędzy. Inaczej nasz rynek nie zacznie działać jak na Zachodzie. Prywatna służba musi stać się częścią systemu ochrony zdrowia. Na razie jest ku temu wiele przeszkód: brak ubezpieczeń komercyjnych, niewiele projektów w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego — zauważa Agnieszka Szpara.
A branża wypatruje komercyjnych ubezpieczeń zdrowotnych...
— Dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne, oferowane przez towarzystwa ubezpieczeniowe, są bardzo ważne. Z jednej strony to konkurencja dla abonamentów w prywatnych placówkach, z drugiej — stymulowałyby rynek, ponieważ większość towarzystw współpracuje z prywatnymi centrami medycznymi. Będzie można wtedy liczyć na większą liczbę chętnych do inwestowania w: szpitale, przychodnie, laboratoria, zakłady opiekuńcze, systemy informatyczne, rozwój nowoczesnych technologii i personel medyczny. Już teraz polisy zdrowotne cieszą się zainteresowaniem — głównie klientów indywidualnych. Do ich zakupu zachęcają rozsądna cena i wygoda — tłumaczy Rafał Naszczyński, dyrektor ds. marketingu i sprzedaży Centrum Medycznego LIM.
Ale ubezpieczenia to nie wszystko. Nieprzewidywalność prawa związanego z zasadami działania ZOZ utrudnia długoterminowe planowanie i zwiększa koszty inwestycji.
— Nie jest to łatwy rynek. Rozwój blokują zmiany ustaw podatkowych — choćby o PIT: zmieniona w 2004 r., dziś ma wrócić w dawnym kształcie. Nie łatwo też budować zespół, w sytuacji kiedy świetni specjaliści (lekarze i pielęgniarki) — ze względów finansowych — wyjeżdżają za granicę. A otwarcie nowej placówki medycznej? To nie tylko koszty, ale też ograniczona ilość wolnych powierzchni, gdzie mogłaby być uruchomiona — wylicza Rafał Naszczyński.
Przyszłość to firmy
Coraz więcej klientów prywatnej służby zdrowia to korporacje. Zapewniają abonamenty lecznicze dla swoich pracowników. Praktyka ta staje się popularna, powody — różne: albo motywowanie, albo polityka przedsiębiorstwa.
— Rośnie zainteresowanie przedsiębiorstw zakupem pakietów, czyli tzw. abonamentów. Ten rynek obejmuje blisko 500 tys. osób, a szacuje się go na 600-700 mln zł. Rocznie wzrasta on 20-30 proc. Takie tempo utrzyma się jeszcze przez pewien czas. To wynik wzrostu gospodarczego oraz nasilenia inwestycji zagranicznych — twierdzi Marcin Halicki.
— Sieciowi operatorzy medyczni chętnie decydują się na obsługę klientów korporacyjnych. Rośnie więc konkurencja na rynku pakietowych usług medycznych — zyskuje na tym pacjent. Abonamenty dla firm stanowią prawie 48 proc. naszych przychodów — przyznaje Jacek Rozwadowski.
Ciaśniej na rynku
Nowym lecznicom coraz trudniej zaistnieć na rynku. O ile otwarcie przez lekarza dowolnej specjalności prywatnego gabinetu czy małej osiedlowej lecznicy jest wykonalne, o tyle stworzenie sieci przychodni i szpitali graniczy z cudem.
— W stolicy prywatne przychodnie mają prawie pół miliona stałych klientów, nie licząc ponad miliona rocznie korzystających z usług sporadycznie, bez abonamentu. Nowych klientów trzeba szukać w innych miastach. Ale z jednej strony, należy zainwestować w przychodnię kilka milionów złotych, z drugiej — pozyskać pacjentów. Dlatego bardziej realistyczne są przejęcia i fuzje w tym sektorze — tłumaczy Rafał Naszczyński.
— Jeśli chodzi o kolejnych usługodawców, to nie sądzę, by mogli zaproponować coś lepszego. Czeka nas raczej okres konsolidacji. Pojedynczy świadczeniodawcy nie będą odpowiednim partnerem dla klientów korporacyjnych, jak również dla towarzystw ubezpieczeniowych — tłumaczy Jacek Rozwadowski.