Zachód nie chce naszych akcji

Anna Borys
opublikowano: 19-05-2008, 00:00

Międzynarodowy kapitał wraca na rynki wschodzące. Wszystkie, ale nie do Polski

Wiemy, skąd kwietniowy marazm na warszawskiej giełdzie. I nie chodzi o krajowe fundusze inwestycyjne, z których Polacy kolejny miesiąc z rzędu wypłacali oszczędności. Odpowiedź przynosi najnowszy raport UniCredit Global Research o przepływach kapitałowych międzynarodowych funduszy inwestycyjnych. Wynika z niego, że w kwietniu globalne fundusze w euforii wracały na rynki wschodzące. Pierwszy raz od wielu miesięcy. Na akcje wydały łącznie aż 8 mld USD (dla porównania miesiąc wcześniej wycofały 5,2 mld USD). Fala optymizmu przetoczyła się przez prawie wszystkie rynki rozwijające się. Niestety, do Polski jednak nie dotarła. Według wyliczeń UniCredit Global Research z warszawskiej giełdy zagraniczne fundusze wycofały w kwietniu 31 mln USD. Pojawiło się jednak światełko w tunelu. Kwietniowy odpływ był dwukrotnie mniejszy niż w marcu. Po drugie — dobrze zapowiada się maj. Od początku miesiąca na GPW napłynęło 25 mln USD.

Dlaczego zagranica szerokim łukiem omija GPW? Z szybkim wyjaśnieniem tego zagadnienia problem mają nawet najlepsi analitycy. Polska to przecież jedna z najszybciej rozwijających się gospodarek w regionie. Poradziła sobie z amerykańską grypą. Nie ma też większego problemu z inflacją, a Unia Europejska wciąż chętnie współfinansuje nasz rozwój. Dodatkowo akcje polskich spółek przeceniono od czerwca ubiegłego roku aż o 29 proc. W tym czasie wyniki przedsiębiorstw znacząco się poprawiły (w przypadku blue chipów nawet o połowę). To powinno zwiększyć atrakcyjność papierów krajowych emitentów. Zupełną zagadką są też kwietniowe rekomendacje międzynarodowych banków. Citi Bank i Morgan Stanley zalecili wtedy klientom akumulowanie papierów polskich firm.

Winowajcą braku zainteresowania GPW ze strony zagranicy jest m.in. złoty — jedna z najmocniejszych walut na świecie w ostatnich miesiącach. Ryzyko choć chwilowej słabości złotego zapewne odstrasza niejednego zagranicznego inwestora. Od czerwca ubiegłego roku krajowa waluta umocniła się wobec euro o 9,7 proc., a dolara — o 20 proc. Z punktu widzenia zagranicznego inwestora, zwłaszcza z USA, przecena na GPW wcale nie była więc tak dotkliwa, jak ją widzą krajowi inwestorzy. Straty indeksów goście z zagranicy częściowo zrekompensowali sobie zyskami z rynku walutowego. W przeliczeniu na euro indeks WIG spadł zaledwie o 19 proc., a dolara — zaledwie 8,8 proc.

Silny złoty to nie wszystko. Polska ma pecha, bo globalne instytucje finansowe zaliczają ją do regionu europejskich rynków wschodzących. Z reguły nie inwestują na wybranych parkietach — na pewno nie tak małych jak GPW. Międzynarodowi zarządzający oceniają więc Polskę przez pryzmat mało atrakcyjnego naszego regionu. Nie przyciąga on takiej uwagi, jak na przykład bijąca rekordy popularności Brazylia czy Rosja (wabikiem są wciąż drożejące surowce). Na nie najlepsze postrzeganie polskich firm wpływ mają także nasi sąsiedzi. Ostatnio borykają się oni z problemem galopującej wręcz inflacji. W Rumunii ceny wzrosły przez rok aż 8,6 proc., a w Czechach — 6,8 proc. Niechlubnym rekordzistą regionu jest Bułgaria, gdzie inflacja wystrzeliła do 14,6 proc. w skali roku. Ponadto gospodarki naszych południowych czy wschodnich sąsiadów mocno przyhamowały. Miejmy nadzieję, że tylko na chwilę.

KOMENTARZ

Bogusław Grabowski, prezes Skarbiec TFI

Złoty nie jest winny

Impuls do zakupów na warszawskiej giełdzie powinien przyjść z zagranicy. Na razie wygląda na to, że międzynarodowi gracze nadal nie są gotowi zaakceptować ryzyka związanego z rynkami wschodzącymi.

Trzeba sobie zdawać sprawę, jak kryzys w Stanach Zjednoczonych negatywnie wpłynął na inwestorów. Po tym, jak na jaw wyszedł problem obligacji opartych na ryzykownych kredytach hipotecznych, banki miały duży problem z płynnością. Wielu inwestorów chciało natychmiast odzyskać kapitał, a banki nie miały przecież gotówki. Dlatego upłynniały aktywa, najczęściej na rynkach wschodzących. Dzięki działaniom banków centralnych płynność sektora finansowego bardzo się poprawiała.

Wyceny spółek skorygowano o informacje związane ze stratami poniesionymi z powodu kryzysu. Pozostała tylko niechęć do podejmowania ryzyka. Faktycznie, silny złoty może być argumentem przeciwko naszej giełdzie, ale to wysokie regionalne ryzyko przesądza o tym, że zagranica jeszcze do nas nie wróciła.

KOMENTARZ

Mariusz Staniszewski, prezes Noble Bank TFI

Przyjdzie moda na GPW

To, że fundusze zagraniczne sprzedają akcje polskich firm, nie znaczy, że cała zagranica ucieka. Trzeba pamiętać, że są jeszcze banki i fundusze emerytalne.

Ujemne saldo przepływów funduszy nie jest bardzo zaskakujące. Mało jest kupujących. Widać to po bardzo niskich obrotach na parkiecie. Warto zauważyć, że fundusze zagraniczne również są uzależnione od decyzji swoich klientów. A ci podlegają modom. Teraz na topie są surowce. My ich nie mamy. Kapitał wartkim strumieniem płynie więc na przykład do Brazylii czy Rosji. Warszawskiej giełdzie trudno konkurować z tamtejszymi parkietami.

Moda ma to do siebie, że się zmienia. Kiedy przyjdzie impuls do inwestowania w Polsce, mamy szanse na duże inwestycje i ocieplenie na warszawskim parkiecie. Zazwyczaj modne parkiety dostają duży zastrzyk gotówki, bo inwestorzy funduszy działają stadnie. Na razie trzeba czekać.

Silny złoty ma stosunkowo niewielki wpływ na decyzje zagranicznych zarządzających. Wynika to z tego, że prognozy długoterminowe mówią o stabilizacji lub o dalszym delikatnym umocnieniu naszej waluty.

KOMENTARZ

Piotr Kuczyński, analityk Xelion

W maju będzie lepiej

Raport o przepływach kapitałowych globalnych funduszy inwestycyjnych niepokoi i zaskakuje. Kwietniowy odpływ z rynku akcji jest mniejszy o połowę niż miesiąc wcześniej, ale Polska była negatywnym wyjątkiem w gronie emerging markets.

Decyzje inwestorów stoją w jaskrawej sprzeczności z tym, co w środku kwietnia mówiono na temat polskich akcji. Wtedy Citigroup i Morgan Stanley podwyższyły dla polskich spółek rekomendację do „przeważaj”. Fundusze często reagują stadnie, więc te oceny powinny się były przełożyć na popyt. Okazało się, że (prawdopodobnie) tak się nie stało.

Optymistycznym wyjaśnieniem byłoby założenie, że bezwładność funduszy przesuwa napływ kapitału na maj. Pesymista powie jednak, że zagranica obawia się spowolnienia gospodarczego w Polsce i tego, że złoty, po fali gwałtownego umocnienia, zacznie tracić. Ja obstawiam scenariusz optymistyczny.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Borys

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu