Premier Narendra Modi ostro forsuje nazwę Bharat z języka hindi, która znajduje się w konstytucji niepodległego państwa, ale tylko raz, dominuje angielska nazwa Indie. Odrzucanie w Afryce i Azji nazw państw narzuconych przez zachodnią cywilizację to nic nowego – Syjam wrócił do nazwy Tajlandia, Cejlon stał się Sri Lanką (przy czym nazwa wyspy pozostała), Birma to obecnie Mjanma etc. Niewykluczone przemianowanie Indii na Bharat to byłaby jednak zupełnie inna skala. Być może za idealną okazję rząd i parlament Indii uznają właśnie przejęcie z rąk Chin globalnego prymatu demograficznego.
Gospodarze za wszelką cenę chcieli osiągnąć sukces i dyplomatycznie im się to udało. Przede wszystkim jednomyślnie przyjęta została deklaracja szczytu G20, na co się do ostatnich godzin przed jego otwarciem nie zanosiło. Jest podręcznikowym kompromisem, czyli bardzo wielu sygnatariuszom się nie podoba, ale lepsza taka niż żadna. Dokument dość sensownie definiuje najróżniejsze zagrożenia i bolączki współczesnego świata – żywnościowe, energetyczne, klimatyczne, finansowe etc. – chociaż niczego nie odkrywa. Tradycyjnie dla G20 jego najciemniejszą stroną jest wyczyszczenie pełnych frasunku zapisów o tym, że wypadałoby coś zrobić, z decyzyjnych konkretów, a przede wszystkim z choćby symbolicznych zobowiązań do ponoszenia jakichkolwiek kosztów.
Deklaracja zatwierdzona także przez Zachód jest ogromnym zawodem dla Ukrainy. Nie tylko nie zawiera potępienia Moskwy za napad, lecz nawet jakiegokolwiek wspomnienia w kontekście wojny, że takowe państwo jak Rosja… w ogóle istnieje. Od początku szczytu w New Delhi było jasne, że uczestnicy ze wszystkich kontynentów nie tylko chcą, aby wojna się skończyła, lecz by skończyła się jak najszybciej. Skutki rosyjskiej agresji odczuwalne są coraz silniej we wszystkich państwach nie tylko grupy G7 i Zachodu, lecz także w państwach rozwijających się. Dlatego tekst akceptowalny dla wszystkich zawiera jedynie dyplomatyczne ogólniki, że wszystkie państwa powinny „powstrzymać się od działań przeciwko integralności terytorialnej, suwerenności i niepodległości politycznej jakiegokolwiek państwa”. Poprawnościowa nicość jest dla Ukrainy tym większym policzkiem, że Wołodymyr Zełenski tym razem nie został jednak zaproszony przez gospodarzy G20 do wystąpienia z ekranu. Tylko zdalnie odezwali się Władimir Putin i Xi Jinping, przy czym ich fizyczna nieobecność miała zróżnicowane powody. Car Kremla jako ścigany zbrodniarz wojenny nadal woli się z Rosji nie wychylać, natomiast komunistyczny cesarz obraził się za strącenie Chin z najwyższego stopnia ludnościowego podium przez odwiecznego rywala Indie, czyli Bharat.
Międzykontynentalna G20 powstawała w znacznie spokojniejszej epoce i atmosferze. To byt samozwańczy w prawie międzynarodowym, będący rozwinięciem równie samozwańczej zachodniej G7. Po uważaniu zostały zebrane państwa i gospodarki niekoniecznie najlepsze, lecz największe na poszczególnych kontynentach. Dosłownie jest to grupa G19 plus Unia Europejska, dlatego poprzez udział szefów brukselskich instytucji w obradach pośrednio uczestniczy także Polska. Od kilku lat wewnątrz G20 coraz bardziej pogłębia się pęknięcie na zachodnią, pierwotną G7 oraz rozszerzającą się grupę BRICS, symbolizującą Południe, Wschód i generalnie państwa rozwijające się. W tych okolicznościach może zdumiewać nie tylko przyjęcie w New Delhi wspólnej deklaracji – chociaż za cenę pozbawienia jej zapisów decyzyjnych i zobowiązań – lecz nawet samo… trwanie G20. Za rok jej zbiórkę przyjmuje Republika Południowej Afryki, która niedawno gościła analogiczny szczyt BRICS.

