Z raportu resortu gospodarki, podsumowującego ubiegły rok w sektorze stoczniowym, wynika, że zadłużenie branży przekroczyło już 4,1 mld zł. Na domiar złego, banki blokują zaliczki wpłacane firmom przez armatorów.
W raporcie Ministerstwa Gospodarki poświęconym kondycji sektora stoczniowego dominują złe informacje. Wśród nich szczególnie niepokojący jest fakt, że w 2001 r. w stoczniach produkcyjnych i remontowych wzrosły zobowiązania krótkoterminowe.
— W stosunku do poprzedniego roku łącznie o 24 proc.— alarmuje resort gospodarki.
Obecnie stocznie zadłużone są na ponad 4,1 mld zł.
— Stocznie są zmuszone finansować w całości budowę statków, w dużej mierze posiłkując się drogimi kredytami, mimo wpłacania zaliczek przez armatorów — tłumaczy Mirosław Piotrowski, rzecznik Grupy Stoczni Gdynia.
Trudna sytuacja finansowa stoczni spowodowała, że banki blokują wpłacane przez armatorów zaliczki na poczet zabezpieczenia ich roszczeń w przypadku niewywiązania się stoczni z warunków kontraktu.
Ta sytuacja mogłaby się zmienić, gdyby krajowi producenci otrzymali gwarancje eksportowe z KUKE. O udzielenie takich poręczeń w resorcie finansów oraz spraw zagranicznych zabiega Janusz Szlanta, prezes Grupy Stoczni Gdynia.
Na domiar złego sektor stoczniowy zanotował w 2001 r. spadek przychodów.
— Przychody ze sprzedaży wyniosły 3,9 mld zł, czyli 88 proc. wyników z 2000 r. Sprzedaż liczona w dolarach spadła nieco mniej — o 7 proc. — informuje resort gospodarki.
Taka dysproporcja spowodowana jest przede wszystkim niskim kursem dolara wobec złotego.
Stoczniowcy tłumaczą, że spadek sprzedaży jest efektem trudności w budowie statków prototypowych (w tym chemikaliowców w Stoczni Szczecińskiej) i opóźnień w harmonogramie budowy statków w Stoczni Gdynia, spowodowanych m.in. realizacją statków prototypowych oraz zniszczeniem przez huragan pod koniec 2000 r. suwnicy bramowej.
Mocny złoty spowodował, że Stocznia Gdynia traciła 5-6 mln zł miesięcznie.
— Dlatego musieliśmy radykalnie obniżyć koszty. Zmuszeni byliśmy do zwolnień grupowych. Do kwietnia odejdzie 600 osób — tłumaczy Mirosław Piotrowski.
Podobnie jest w Stoczni Szczecińskiej, która z tytułu niekorzystnego kursu dolara straciła w ubiegłym roku 150-160 mln zł.
— Proces zwolnień grupowych uruchomiliśmy w ubiegłym roku. W jego ramach odejdzie z pracy 1157 osób — mówi Wojciech Sobecki.
Obecnie budowa i remont statków dają zatrudnienie w regionach nadmorskich blisko 26 tys. osób. Ponadto umowami kooperacyjnymi ze stoczniami związanych jest 800 krajowych firm.
Raport MG potwierdza doniesienia Związku Pracodawców Forum Okrętowe. W ubiegłorocznym raporcie forum alarmowało o kryzysie w przemyśle stoczniowym, o tym, że producenci statków i ich kooperanci balansują na krawędzi płynności finansowej.
Kryzys dotknął branżę, która —jako jedna z niewielu — może konkurować z firmami z UE.
— W 2000 r. saldo wymiany handlowej stoczni wyniosło 700 mln USD, co plasuje branżę na trzeciej pozycji, a dwie stocznie — Stocznia Gdynia i Stocznia Szczecińska — znajdują się na czołowych miejscach listy największych eksporterów. Udział produkcji sprzedanej branży budowy i remontów statków ogółem w produkcji sprzedanej przemysłu w 2000 r. stanowił ponad 1,6 proc., zaś w eksporcie ogółem wynosił 3,3 proc.— twierdzą specjaliści resortu gospodarki.
Forum żąda pomocy rządu. W pierwszej kolejności chodzi o zmodyfikowanie ustawy z 1997 r. o poręczeniach i gwarancjach udzielanych przez Skarb Państwa, by możliwe było wystawianie gwarancji SP dla banków finansujących kapitał obrotowy stoczni budujących i przebudowujących statki. Stoczniowcy dopuszczają też możliwość wprowadzenia „nowych mechanizmów wyrównujących szanse polskich stoczni” z konkurentami z UE. Przykład dała sama Bruksela. 25 października 2001 r. Komitet Spraw Gospodarczych i Monetarnych Parlamentu Europejskiego wnioskował do Rady Unii o czasowe przywrócenie subsydiów bezpośrednich wysokości 14 proc. ceny do nowo kontraktowanych statków — jako mechanizmu obronnego w stosunku do konkurencji wschodnioazjatyckiej.