Miodowy miesiąc prezydenta Donalda Trumpa minął bardzo szybko i zaczynają napływać sygnały wskazujące, że gospodarka z trudem znosi jego rewolucyjne zapędy. Od dnia jego zaprzysiężenia indeks giełdowy S&P 500 spadł o 3,5 proc., dolar osłabił się o 2 proc. wobec euro, a nastroje w biznesie zaczęły się pogarszać. Wyraźnie obniżają się też wskaźniki zaufania do prezydenta wśród obywateli.
We wtorek małą bombę na rynek zrzucił Bank Rezerwy Federalnej z Atlanty, który co tydzień aktualizuje tzw. nowcast PKB, czyli szacunek dotyczący tego, ile w bieżącym kwartale wynosi wzrost gospodarczy największej gospodarki świata. Z najnowszego wyliczenia wynika, że w pierwszym kwartale PKB USA obniża się w tempie 0,7 proc. kwartał do kwartału, co oznaczałoby głęboką recesję. Takie zmiany PKB mają miejsce tylko w okresach dużego załamania aktywności gospodarczej.
Wśród ekonomistów zaczęła się dyskusja, co oznacza tak głęboki spadek nowcastu PKB. Wiele osób wskazuje, że może być to błąd modelu. Na początku roku doszło w USA do potężnego wzrostu importu, który wynika z zabezpieczania dostaw komponentów przez fabryki przed wprowadzeniem ceł. Model interpretuje ten wzrost jako gwałtowne pogorszenie eksportu netto, co przekłada się na niższy szacunek PKB (na PKB składają się od strony popytu konsumpcja, inwestycje, akumulacja zapasów, wydatki rządu i eksport netto). Jednak zwiększony import na pewno zasila zapasy firm, które są elementem popytu krajowego, a tego model może już nie wyłapywać na bieżąco. To sugeruje, by nowcast zlekceważyć.
Ale część ekonomistów zwraca uwagę, że za pogorszenie bieżącej oceny stanu gospodarki odpowiadają też inne czynniki niż eksport netto. Pogorszyły się też ostatnio wskaźniki monitorujące popyt konsumpcyjny i inwestycyjny. Nie na tyle, by wpędzić gospodarkę w recesję, ale na tyle, by wzbudzić duże wątpliwości dotyczące koniunktury w tym roku. I to stąd bierze się duża przecena na amerykańskiej giełdzie.
Ekonomista Olivier Blanchard napisał: „Atlanta Fed właśnie zrewidował swoją bieżącą prognozę wzrostu PKB za pierwszy kwartał. Oczywiście część tego wyniku to szum, ale skala spadku jest zbyt duża, by można go było zignorować. Wcześniej sądziłem, że ekspansja gospodarcza potrwa w USA do 2026 r. Jednak zamieszanie związane z tym, co robi Elon Musk, ze zwolnieniami w administracji oraz jeszcze większa niż przewidywano niepewność polityczna i chaos mogą sprawić, że spowolnienie nadejdzie szybciej. Jeśli tak się stanie, co zrobi Trump? Będzie naciskał na Fed, by drastycznie obniżył stopy procentowe? Podwoi skalę ekspansji fiskalnej?”.
Niepewność dotycząca koniunktury w dużej mierze wiąże się z wysokimi cłami. We wtorek weszły w życie obciążenia towarów z Kanady, Meksyku oraz Chin. Z szacunków The Budget Lab, komórki badawczej na Uniwersytecie Yale, wynika, że zredukują one amerykański PKB o prawie 0,8 proc. wobec ścieżki status quo na koniec 2025 r. To dużo, bo jeżeli ten szacunek się sprawdzi, to wzrost zamiast przewidywanych przez Fed 2,1 proc. wyniesie niewiele ponad 1 proc. A przecież Donald Trump dopiero zaczął podnosić cła, w kwietniu ma dojść do kolejnej rundy podwyżek.
Jasne jest, że to, co robi Trump w polityce handlowej, wykracza poza wymogi idei protekcjonizmu. To jest show, rewolucja, destrukcja zasad, która ma wprowadzić nowy element niepewności do polityki.
Ekonomiści będący zwolennikami protekcjonizmu przyznają, że cła na obecnym poziomie wyrządzają więcej szkody niż pożytku. Na przykład Oren Cass z fundacji American Compass, który popierał Trumpa i politykę protekcjonizmu, ostrzegł w swoim ostatnim newsletterze pt. Understanding America: „Trump wyraźnie czerpie satysfakcję z utrzymywania wszystkich w niepewności, traktując to jak niekończące się negocjacje. Jednak taka strategia przyniesie coraz mniejsze korzyści przy rosnących kosztach”.
Wydaje się, że jest tylko jedna bariera, której Donald Trump nie przeskoczy, przed którą się ugnie lub nawet uklęknie: giełda. Masywne podwyżki ceł wywołają w końcu straty w amerykańskich spółkach, a przez to też bessę na rynkach akcji. Tego prezydent nie przełknie, traktuje bowiem notowania akcji jako jeden z ważniejszych wskaźników swojej skuteczności. Na razie indeks S&P500 jest daleko od bessy, mimo strat. Do momentu otrzeźwienia jeszcze jest daleko.
Plus w tym wszystkim jest taki, że rynki coraz wyraźniej wysyłają sygnał, że Europa straci na całym zamieszaniu mniej niż USA.
