Zamoyski Zamość

Wojciech Surmacz
30-07-2004, 00:00

Mógł mieć 60 tys. hektarów ziemi, fabryki, tartaki, browar... Ma folwark na kredyt. I rządzi miastem — z rozmachem! Hardo!

To jedyny przypadek w Polsce, gdy prezydentem miasta jest potomek założyciela w linii prostej...

Nie w linii prostej!

Jak to?

Jan zwany Sobiepanem, III ordynat, zmarł bezpotomnie. Po nim nastąpił krótki okres „bezkrólewia” na Zamojszczyźnie — ordynację próbowali przejąć Koniecpolscy... Dopiero Marcin Zamoyski ją odzyskał.

Nomen omen...

Tak jest! To on się później pod Wiedniem chwalebnie zapisał! On był z linii ojca Jana Zamoyskiego, założyciela miasta, kanclerza i hetmana wielkiego koronnego.

No to jest krew z krwi, kość z kości...

Jest! Tak statuty ordynacji stanowiły!

Pan nosi tytuł ordynata?

Tytuł ten dostawał najstarszy z rodu i składał przysięgę na statuty. Odbywało się to w kościele — były obowiązki! System ordynacji został jednak w Polsce zlikwidowany w 1944 r. Ustawę o likwidacji ordynacji uchwalono zdaje się w 1952 roku.

Ale może Pan pełnić rolę sukcesora tego tytułu?

Nie. Bo, nie ma ordynacji!

A gdyby była?

Ale jej nie ma!

To kto był ostatnim ordynatem?

Mój ojciec.

Co Pan robi w Zamościu?

Jestem prezydentem.

Wiem, już po raz drugi...

Zgadza się. W roku 1990 po raz pierwszy zostałem prezydentem, później wyemigrowałem na stanowisko wojewody, później 4 lata byłem przewodniczącym rady miejskiej, po czym się wyniosłem z miasta. Kupiłem dawny folwark ojca...

Kupił Pan?!

Tak. Na przetargu. Od 4 lat jestem rolnikiem. I tylko dlatego zgodziłem się znowu kandydować, że według nowej ustawy — wójta, burmistrza i prezydenta powołuje się w wyborach powszechnych. Prezydent miasta ma już troszeczkę władzy. Można coś zrobić...

I tak bez sentymentów Pan o tym mówi?

Liczy się ekonomia, nie sentymenty! Kupiłem gospodarstwo, które przynosiło 400 tys. zł straty rocznie. Prawie tyle, co roku, musiałem spłacać kredytu, zaciągniętego na jego zakup. Teraz jest lepiej. I miastem też można lepiej zarządzać!

Środki unijne?

Oczywiście. Właśnie robimy obwodnicę. To duża inwestycja — 30 mln zł. Jest i kilkanaście innych, małych. No i złożyliśmy nowe projekty na blisko 100 mln zł. Sama rewitalizacja zespołu staromiejskiego to 54-56 mln zł.

Zamościowi brakuje chyba poważnych inwestorów prywatnych. Nie uważa Pan?

Wie pan kogo tutej brakuje? Prawdziwych restauratorów! Ludzi, którzy cieszą się, że mają knajpę i ktoś do niej przychodzi! I to nie tylko nasz problem. W wielu polskich miastach ludzie, prowadzący restauracje, zajmują się tym z przypadku lub prostego pomysłu robienia pieniędzy. Tutej obok ratusza stoi hotel. Pewien hotelowy gość chciał „coś” powiedzieć dyrektorowi. Nie wiem, źle, dobrze — obojętnie! Była niedziela. Poprosił recepcjonistkę, by zawołała szefa. A ten słysząc to, zza drzwi wrzasnął: „niedziela jest! Powiedz mu, że mnie nie ma!!!”.

Panie Prezydencie...

Ale to się zmienia. Pamiętam w 1990 roku namawiałem zamojskich restauratorów, żeby wyszli na rynek i ogródki otworzyli. Nie było mowy! Ale złapałem jednego na sprzedaży alkoholu nieletnim i miałem prawo cofnięcia mu koncesji. Przyszedł i błagał: „to ja wyjdę na rynek z parasolkami, ale niech mi pan nie cofa koncesji”. Po kilku dniach przybiegł z drugim i krzyczą: „to myśmy już wyszli na rynek! Teraz niech pan już nikomu więcej nie pozwala!”. Ha, ha, ha! Prawo Kalego zadziałało błyskawicznie!

Wracając do folwarku... Po co Pan kupował? Nie lepiej było w sądzie powalczyć?

Nie ma takiej możliwości. Na razie polskie prawo skutecznie blokuje.

Bo chyba sporo majątku miałby Pan do odzyskania. W Zwierzyńcu jest browar...

Browar, fabryki mebli, tartak — bez mała połowa Zwierzyńca.

A poza tym? Dużo obszarów?

Ordynacja Zamoyskich miała przed wojną 60 tys. hektarów. O!

No tak... A ten folwark duży?

Mam 520 hektarów.

I co Pan tam robi?

Generalnie zboża nasienne plus chlebowe. Mam jeszcze buraki, jęczmień browarny. I rzepak, który nie jest co prawda dochodowy, ale to dobry płodozmian. Do tego produkuję rocznie 300-400 świnek i mam siedem koni...

No proszę!

I tak powoli rozwijam sobie hodowlę koni, myśląc o...

Stadninie?

Od razu stadnina! Nie. Myślę o gospodarstwie turystycznym. Ale to może jak spłacę kredyt.

Duży?

Dosyć — 3 mln zł i jeszcze mi trochę zostało do spłacenia.

A pałac w Kozłówce pod Lublinem? Ponoć rodzina Zamoyskich coś odzyskała?

Nie, nie, nie! Nic nie odzyskała.

Ale kilka tygodni temu zakończył się proces — zapadł wyrok.

Tak. Toczy się normalne postępowanie spadkowe... Ale ta sprawa będzie się ciągnęła bardzo długo, bo ich dziadek nie zrobił testamentu dla syna. Oni — na razie — zostali uznani za spadkobierców.

Oni? Pan nie?

Nie.

Jak to?

Inna linia — po Stanisławie Zamoyskim. To on, można powiedzieć, sprzedał carowi Zamość. Ale to była taka dwustronna wola, bo z kolei car wydał rozporządzenie, że miasta twierdze nie mogą być w rękach prywatnych. No i się dogadali. Stanisław sprzedał Zamość i między innymi za te pieniądze kupił dobra kozłowieckie, które potem dał swemu bratu. Bo każdy ordynat musiał uposażyć swoich braci i siostry. W statutach było wszystko dokładnie zapisane! Dochód ordynacji szedł między innymi na kupowanie dóbr dla rodzeństwa.

Jak Pan tak patrzy na Zamość, nie żal straconych lat PRL-u?

Eee tam! Ja bym tego tak całkiem nie negował... Jednak dosyć długo w tym PRL-u żyłem i wiem, że akurat Zamość w pewnym momencie bardzo skorzystał, bo miasto wpisano w „plan odbudowy”. W 1975 r. odbudowę Zamościa zagwarantowano ustawą sejmową. Dużo pieniędzy tutej wpakowano...

Ale ponoć i sporo przeciekło przez palce tych budowniczych od siedmiu boleści...

Ba! Wtedy wszędzie przeciekało! To był schyłkowy okres towarzysza Gierka! Przede wszystkim jakość materiałów była fatalna. Dzisiej rury kanalizacyjne z lat 60. są jeszcze jak dzwon — idealne, a te z lat 70. to sito! Wszystko trzeba wymieniać! Wiem, bo ruszają prace związane z projektem rewitalizacji starówki 2004-06...

Dwa lata na całość?

Dwa i pół na 10 proc. Ale już szykujemy się do projektu całościowego — 2007-13. Wielka rzecz! Jeżeli się uda zatwierdzić, to kolejni prezydenci miasta nie będą mieli wyjścia — muszą zrealizować projekt!

Czyli?

W pełni przywrócić dawny wygląd zamojskiej twierdzy. Całkowicie wyłączyć zespół staromiejski z ruchu kołowego. Pobudować parkingi podziemne. Przebudować Pałac Zamoyskich — zrobić tam hotel i centrum kongresowe. Od strony Tomaszowa Lubelskiego nie będzie wjazdu — stawiamy mur i zalewamy fosę! Muszą być dostępne podziemia, żeby się nimi przejść, po drodze coś zjeść w porządnej knajpie i wyjść z drugiej strony miasta. Jeżeli mamy zarabiać na turystyce, to trzeba wszystko robić z rozmachem! Jak się to zrobi byle jak, to ludzie przyjadą na pół godziny i do widzenia — już ich nie ma! W ramach Roztocza zawiązaliśmy lokalną organizację turystyczną. Tworzymy sieć miast powiązanych z całym regionem. To też projekt, na któryśmy dostali pieniądze z funduszy unijnych. Robimy trasę turystyczną przez Roztocze: Zamość—Żółkiew—Lwów. Przecież — mówiąc między nami — kiedyś ta granica z Ukrainą pewnie przestanie istnieć. W każdym razie, miejmy taką nadzieję! Ale, żeby się do tego przygotować, musimy najpierw zbudować szlaki: dla pieszych co cztery kilometry musi być chałupa, w której będzie można coś ciekawego kupić, zobaczyć... Dla rowerzystów co 10 km taki przybytek. A dla koni całkiem inna trasa — ze stajniami, żeby koń miał gdzie obrok zjeść. Nie jest łatwo, ale większość wójtów zaczyna rozumieć, że z tego mogą być pieniądze...

Wierzą Panu?

Uznaję, że wierzą... Z realizacją jest trochę gorzej. Tłumaczą, że nie mają czasu. Wszyscy nie mamy! Boże kochany! Ale musimy nadgonić, co straciliśmy — szybciej! Jak się gdzieś na Zachód pojedzie, to tam ludzie żyją inaczej i mają inne problemy. Ale i u nas się dużo zmieniło! Jadąc do folwarku, zawsze się tak cieszę, kiedy widzę jak ten chłopek wychodzi i kosi trawę przed swoim ogrodzeniem. Wykasza przed domem, znaczy: zaczyna dbać! Zmienia się mentalność. Polacy przestają walczyć o przetrwanie. Zaczynają upiększać życie. Zastanawiają się: co tu zrobić, żeby było ładniej, lepiej...

Ale narzekają!

Oj! Wszyscy narzekamy — tacy jesteśmy!

Kocha Pan Zamość?

Kocham? Jak mnie w 1990 r. namawiali na prezydenturę, traktowałem to jak wyzwanie. Z drugiej strony czułem pewien obowiązek. Bo wcale nie musiałem! Byłem operatorem filmowym — przez 18 lat. Całkiem dobrze mi się żyło, a jako prezydent wpadłem pod dość niskie apanaże. Przyznam, że ciężko było na początku...

Ojciec naciskał na powrót do Zamościa?

Broń Boże! Był raczej przerażony, ale bardzo dzielnie mi sekundował. I pewno, jak to ojciec, dobrze życzył. Mimo że myśmy mieli bardzo słaby kontakt ze sobą... Miałem 10 lat, jak ojciec wyszedł z więzienia. Przez ten czas wychowywałem się wśród kobiet (trzy siostry — starsze!). A facet potrzebuje jednak tej męskiej ręki... Nigdy mi się nie udało z ojcem stworzyć więzi... Dopiero teraz, z różnych listów i innych zapisków, wynika, że on miał ogromne obawy, wychodząc z więzienia, jak my — dzieci — go przyjmiemy. To jednak była kupa czasu — prawie 10 lat siedział! Nigdy nie byliśmy ze sobą tak blisko, jak ja ze swoim synem. Bardzo żałuję...

Przecież nie Pana wina, że ojca prześladowano w PRL-u...

Ale gdzieś ten charakter można było mieć inny — mniej hardym być!

Pytałem o miłość do miasta, bo ostatnio prezydent Kaczyński ogłosił konkurs na hasło promujące stolicę. Wygrało: „Zakochaj się w Warszawie”.

O! A ja bym raczej powiedział, że dzisiaj strasznie się ciężko w Warszawie zakochać!

Lepiej w Zamościu?

Pewno, że tak! Wiele lat mieszkałem w tej Warszawie. Studiowałem, dla odmiany, w Lublinie na KUL-u. I muszę powiedzieć, że raz wstyd mi było, jak graliśmy jakieś mistrzostwa akademickie w siatkówkę. Przyjechali ludzie z Warszawy! Wychodzimy grać... A tam takie chamy! Boże! Coś koszmarnego! I taka opinia o warszawie krąży po całej Polsce. Nigdzie nie lubią warszawiaków. Raz w Krakowie założyli mi blokadę, miałem wtedy warszawskie numery. Przyjeżdżają, jeden bierze ode mnie dokumenty i zdziwiony woła: pan przecież nie z Warszawy! Ja na to: z Zamościa! A on: szkoda, żeśmy nie wiedzieli, nawet byśmy nie zakładali! Nic nie zapłaciłem. Tak centusie kochają warszawiaków! Ha! Ha! Ha! Kiedyś też zapytał mnie jeden minister (jeszcze jak byłem wojewodą): jak pan na takiej prowincji wytrzymuje? Mówię mu: panie ministrze, prowincja to pojęcie umysłowe! Dla mnie na przykład większa prowincja jest w stolicy. Bo najczęściej tak się zdarza, że ci, co do tej Warszawy przyjechali, to rok posiedzą i już: och! Ach! Warszawiacy pełną gębą! Tak skończyliśmy dyskusję. A potem przy kolacji on do mnie tak: to żeś mi pan powiedział — pół roku mieszkam w Warszawie... Ha, ha, ha... Mam nadzieję, że pan też się nie obraził?

Skąd! Też jestem z Zamościa...

No! Ale przyzna pan, że jest w nas coś takiego, nie chcemy się przyznawać do korzeni? Wstydzimy się! A ja nie zamienię Zamościa na Warszawę! Nie wrócę tam i już!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Zamoyski Zamość