Zapomnijcie o szybkim euro

Bartosz Krzyżaniak
opublikowano: 07-01-2009, 00:00

Lech Kaczyński obwinia PO za kryzys i zapowiada, że nawet gdyby bardzo chciał — na wejście do strefy euro w 2012 r. nie ma szans.

Prezydent Kaczyński znów pokazał twarz eurosceptyka

Lech Kaczyński obwinia PO za kryzys i zapowiada, że nawet gdyby bardzo chciał — na wejście do strefy euro w 2012 r. nie ma szans.

Prezydent Lech Kaczyński zabrał głos w sprawie przyszłości polskiej waluty. Wczoraj w Radiu Zet stwierdził, że polityka szybkiego wchodzenia do strefy euro [rząd chce, by nastąpiło to w 2012 roku — red.] stoi w sprzeczności z polityką antykryzysową i że z wprowadzeniem wspólnej waluty trzeba poczekać na lepsze czasy.

Nie ma szans?

Według prezydenta, wejście Polski do Eurolandu w 2012 roku jest niewykonalne. Nawet gdyby wszyscy Polacy — łącznie z samym Lechem Kaczyńskim — bardzo tego chcieli. Zdaniem prezydenta, bardziej konkretny termin będzie można podać po 2010 r.

Ekonomiści zgadzają się, że rządowi będzie ciężko dotrzymać terminu wejścia do strefy euro, choć nie wykluczają, że tak właśnie się stanie. Nie pochwalają jednak wypowiedzi prezydenta.

— Podpisuję się pod tezą, że jeśli w gospodarce sytuacja wygląda źle, wejście do strefy euro można przesunąć w czasie. Można powiedzieć, że odkładamy to o rok czy dwa — jeśli spełnienie kryteriów konwergencji będzie bardzo trudne — ale mówienie, że odkładamy na nieokreślony czas, jest nieodpowiednie — uważa Witold Orłowski, doradca PricewaterhouseCoopers.

Według niego, propozycja PiS, aby Polacy w referendum opowiedzieli się, czy chcą euro w 2012 r., czy też wtedy, gdy zbliżymy się pod względem rozwoju gospodarczego do średniej UE (prezydent określił ten pomysł jako "dobre sformułowanie sprawy"), nie ma nic wspólnego z rozsądną polityką.

Ekonomista Ryszard Petru zauważa, że — wbrew obawom prezydenta — nie stoimy przed dylematem: albo euro, albo suwerenność.

— Żaden kraj po wprowadzeniu wspólnej waluty nie stracił suwerenności. Przeciwnie: w czasie sztormu lepiej być na dużym statku niż na małym — dodaje ekonomista.

Rynek wie swoje

Inwestorzy nie przejęli się jednak wypowiedziami prezydenta — złoty od rana mocno się umacniał. Maja Goettig, główna ekonomistka Banku BPH, zauważa, że w kwestii euro prezydent ma mało do powiedzenia.

— Inwestorzy byliby przerażeni, gdyby mówił to premier Tusk. Ale że obstaje przy swoim, a inwestorzy mu wierzą — nie ma reakcji w postaci osłabienia złotego — uważa ekonomistka Banku BPH.

— Eurosceptycyzm pana prezydenta jest dobrze znany — przypomina Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC.

Polowanie na kozła

Prezydent odniósł się także do rządu Donalda Tuska w kontekście spadku formy naszej gospodarki.

— Jeśli ktoś komuś obiecuje przyspieszenie rozwoju, a jest spowolnienie, to jest to niedotrzymanie oczywistych obietnic wyborczych — ocenia Lech Kaczyński.

Witold Orłowski przypomina, że PO nie jest jedyną partią w parlamencie, która nie zrealizowała tego, co obiecała.

— PiS na przykład obiecywało 3 miliony mieszkań. Przypisywanie winy za obecny kryzys rządowi jest przesadą — uważa Witold Orłowski.

— Mamy kryzys stulecia, który jest importowany i rząd nie jest w żaden sposób za niego odpowiedzialny — dodaje Ryszard Petru.

Tymczasem według Stanisława Gomułki, za spowolnienie wzrostu gospodarczego w Polsce odpowiada częściowo sam prezydent.

— Pan prezydent nie chciał współpracować z rządem w realizacji poważniejszych reform (np. blokada reformy służby zdrowia, stosunek do reform emerytalnych). Odpowiedzialność za spowolnienie ponosi więc po części zewnętrzny szok, a po części pan prezydent, który uniemożliwił rządowi realizację strategii szybszego wzrostu — uważa Stanisław Gomułka.

Bartosz Krzyżaniak

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Bartosz Krzyżaniak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu