Zaraza pod Troją

Aleksander Krawczuk
opublikowano: 2006-03-31 00:00

Przez wiele stuleci panowało przekonanie, że zaraza spada z woli bogów lub Boga. Jest karą lub upomnieniem.

Zstąpił Apollon ze szczytów Olimpu, pełen gniewu w sercu, nocy podobny. Łuk miał na plecach i kołczan; a gdy szedł, strzały dźwięczały straszliwie. Raził najpierw muły i psy, potem ludzi. Niezliczone stosy trupów płonęły bez przerwy. Tak przez dni dziewięć miotał strzały na wojsko...

To jedna z pierwszych scen „Iliady” — poematu sprzed niemal trzech tysięcy lat, prapoczątku greckiej, a więc też całej europejskiej literatury. Scena wspaniała w swej obrazowej zwięzłości i grozie, a zarazem ważna w konstrukcji epopei. Jakaż bowiem była przyczyna gniewu Apollona? Bóg zesłał zarazę, spełniając prośbę swego kapłana Chryzesa; Agamemnon bowiem, wódz Greków pod Troją, wziął jego córkę jako brankę i nie oddał — pomimo błagań. Zrozpaczony Chryzes zwrócił się do Apollona z modlitwą: „Niech za łzy moje pomstę przyniosą twoje strzały!” Szalejąca zaraza sprawiła, że zwołano wiec wojska. Wypowiedziane tam ostre słowa Achillesa zmusiły króla do odesłania dziewczyny ojcu. Aby jednak pocieszyć się po tej stracie, Agamemnon odebrał brankę Achillesowi. Ten, rozwścieczony upokorzeniem, odmówił udziału w walkach z Trojanami; gotów był nawet odpłynąć ze swą drużyną do ojczyzny.

Tak więc zaraza była zarówno skutkiem, jak i przyczyną dramatycznych wydarzeń pod Troją; stanowi punkt zwrotny w ciągu wydarzeń. Każdemu jednak czytelnikowi nasuwa też — zwłaszcza obecnie — pewne prozaiczne, rzeczowe pytanie. Rozumiemy, że po latach walk i obozowania wśród oblegających miasto wojsk mogło dojść do epidemii z przyczyn oczywistych: stłoczenie, niedożywienie, a nade wszystko trudności z utrzymaniem higieny — choć wielcy panowie mieli tu nawet wanny!

Epopeja nie mówi nic o przebiegu choroby — poza wzmianką, że najpierw zaczęły padać muły i psy; te ostatnie na pewno pożerały padlinę. Gdyby tak Homer wymienił jeszcze ptaki! Wówczas obraz mielibyśmy jasny: oto pierwszy odnotowany przypadek ptasiej grypy, która poprzez zwierzęta przerzuciła się na ludzi! A może istotnie tak było, a poeta nie uznał pomoru ptaków za rzecz godną uwagi? Przyjęcie takiej wersji wyjaśniłoby też, dlaczego zaraza nie dostała się za mury grodu: psów i ptactwa dzikiego było tam oczywiście znacznie mniej, nie dochodziło też do bezpośrednich kontaktów z oblegającymi. To tylko przypuszczenia, z pewnością zbyt śmiałe. Znamienny wszakże jest sam fakt, że właśnie dziś nasuwają się tego rodzaju pomysły. Nikt się nie uchroni przed wszechobecną „ptasią psychozą”; ogarnęła już dziennikarzy, kolej na historyków. Jest również faktem. że twórca „Iliady” musiał wiedzieć o przypadkach zarazy w stłoczonych środowiskach ludzkich i uznał je za godne pamięci.

„Iliada” daje najstarszy w literaturze europejskiej obraz zarazy. Rzecz interesująca tym bardziej, że epidemie były w starożytności raczej rzadkie. Przyczyny są powszechnie znane: społeczeństwa antyczne cechowały się zdrowym trybem życia. Dbałość o ciało, zamiłowanie do kąpieli, uprawianie sportów, źródlana woda, sprowadzana — również w Grecji! — z odległych ujęć w górach. A także „śródziemnomorska” dieta: tłuszcze w zasadzie tylko roślinne, zwłaszcza oliwa, ryby, dużo warzyw i owoców. Jednakże sam rozwój miast — wielkich, jak na ówczesne warunki — sprzyjał w pewnych warunkach szerzeniu się chorób. Wystarczy przypomnieć tę, która mniej więcej w siedem wieków po wojnie trojańskiej wybuchła w Atenach w roku 430 p.n.e. i w ciągu kilku lat pochłonęła dziesiątki tysięcy ofiar. Stało się tak jednak dlatego, że ludność z całego kraju chroniła się w mieście przed Spartanami. Wstrząsający opis zarówno przebiegu epidemii, jak i reakcji społeczeństwa przekazał Tukidydes, świadek naoczny. Mimo jego dokładnej relacji nie udało się stwierdzić, o jaką to chodzi chorobę. Może był to wirus, który potem zmienił swą postać lub też przycichł, by nagle znowu gdzieś i kiedyś się objawić? Może w przypadku zarazy „trojańskiej” — jeśli przyjmiemy przedstawioną wyżej hipotezę — ówczesna „ptasia grypa” przetrwała przez tysiąclecia daleko w Azji, by w jakiejś mutacji powrócić w naszych czasach, i to w skali globalnej?

Jeden aspekt zjawisk związanych z wybuchami zarazy w ciągu minionych epok, zarówno w starożytności, średniowieczu jak i w czasach nowożytnych, zasługuje na uwagę. Oto poczynając od powołanego świadectwa „Iliady” przez wiele stuleci panowało powszechne przekonanie, że zaraza spada z woli bogów lub Boga. Jest karą lub upomnieniem, odsunąć ją można tylko błaganiem, modłami, ofiarą. Król obraził Apollona, cierpią wszyscy; aby zło odeszło, konieczne są korne przeprosiny. To schemat powtarzający się poprzez stulecia aż po wiek XIX. A pewnie i dziś można by napotkać takie przekonania tu i ówdzie, nawet w Europie. Dominuje wszakże, także wśród głęboko wierzących, postawa inna. Wiemy, co jest przyczyną epidemii: wirusy i bakterie. Znamy drogi i mechanizm ich nagłego rozprzestrzeniania się w pewnych warunkach. Orientujemy się, że metody naukowe pozwolą prędzej lub później wynaleźć skuteczne środki zaradcze. Toteż nie czujemy się całkowicie bezbronni, nie jesteśmy zdani tylko na łaskę i niełaskę istot wyższych. Chryzes w większości społeczeństw współczesnych swymi błaganiami i modłami niewiele by zdziałał. Król branki by nie oddał. A w razie epidemii słałby po szczepionki i wyznaczał strefy ochronne. I tak by postępował, nawet gdyby należał do osób wielce bogobojnych. Z kapłanem oczywiście też by się dogadał, o ile tylko mogłoby to przynieść korzyści polityczne.