Żeby zdobyć zaufanie inwestorów, Talex musi zdywersyfikować źródła przychodów. Zresztą już próbował, ale bez efektów.
Dwa dni po naszej informacji, że BZ WBK ogłosił przetarg na obsługę i serwis informatyki, głos zabrał główny zainteresowany — poznańska firma Talex, do tej pory obsługująca bank.
„Zarządowi nie są znane żadne fakty, które świadczyłyby o zamiarach BZ WBK zmierzających do rezygnacji z objętych obecnie obowiązującymi kontraktami usług świadczonych przez spółkę” — głosi komunikat.
Inwestorzy uciekają
Talex jest mocno uzależniony od zleceń z BZ WBK, które w ostatnich latach generują 50-75 proc. jego obrotów. Nic więc dziwnego, że informacja o przetargu wywołała spory popłoch wśród akcjonariuszy poznańskiej firmy. Efekt? Kurs oscyluje w pobliżu 12,5 zł, czyli jest już grubo o ponad połowę niższy niż w czasach świetności, kiedy Talex realizował największy — wart 110 mln zł — kontrakt dla BZ WBK.
— Zbyt duże uzależnienie spółki od jednego klienta jest bardzo ryzykowne. W przypadku Talexu stało się to, co się musiało stać. BZ WBK od pewnego czasu ograniczał wydatki na informatykę. I tak się dziwię, że akcjonariusze Talexu tak długo zachowywali się pasywnie i kurs zaczął spadać relatywnie późno — komentuje Michał Janik, analityk Bankowego Domu Maklerskiego PKO BP.
Trzeba dywersyfikować
Talex, znając bank, ma szansę na wygranie także i tego przetargu.
„Warunki poszczególnych kontraktów długoterminowych podlegają okresowym renegocjacjom, zapewniającym m.in. konkurencyjność naszej oferty w stosunku do ofert innych podmiotów” — wyjaśnia Talex.
Argumenty zarządu nie zrobiły jednak większego wrażenia na inwestorach. Na początku wczorajszej sesji kurs wzrósł o 2 proc. (po 5,7-proc. spadku dzień wcześniej), ale potem dalej zniżkował.
— Talex musi zdywersyfikować źródła przychodów. Rzecz w tym, że spółka już dwa razy ogłaszała strategie ukierunkowane na taki efekt, ale potem nic z tego nie wychodziło — twierdzi Michał Janik.