Jerzy Podsiadło, prezes holdingu Polskie Huty Stali, jest uczniem, który balansuje na bardzo cienkiej linie. Huty wchodzące w skład koncernu (Katowice, Sendzimir, Cedler, Florian) borykają się z dużymi problemami, brakuje im pieniędzy na zakup surowców do produkcji i energii. To praktycznie cud, że się jeszcze nic nie zawaliło. I to wystarcza do tego, by prezes Podsiadło otrzymał promocję do następnej klasy.
Na konto prezesa PHS można zapisać to, że doprowadził do zawarcia układu w Sendzimirze. W ciągu jednego dnia małopolska spółka pozbyła się prawie 300 mln zł długów. Również w Hucie Katowice doszło do rozwiązania problemu spłaty kredytu konsorcjalnego, który dusił zakład z Dąbrowy Górniczej. Jednak to jeszcze mało. Nadal poziom zobowiązań holdingu wynosi około 5 mld zł. Prezes Podsiadło podjął się więc misji rozwiązania tego problemu finansowego. Prowadzi już rozmowy z potencjalnymi inwestorami na temat sprzedaży wierzytelności PHS, które później zostaną skonwertowane na akcje.
I właśnie po pierwszym szkolnym dzwonku należy oczekiwać od szefa PHS, że doprowadzi do zapowiadanej prywatyzacji spółki. Inwestor ma przejąć pakiet kontrolny koncernu, co w praktyce będzie oznaczało, że zyska około 80 proc. polskiego rynku stalowego. Walka o ten kawałek hutniczego tortu może się rozegrać między największymi koncernami europejskimi a amerykańskim US Steel. Rzecz w tym, że o wyborze inwestora nie będzie decydował prezes Podsiadło, lecz minister skarbu. Decyzje mogą zapaść bardzo szybko. Jeśli rzeczywiście tak się stanie, to zagraniczny inwestor wymieni władze PHS.
Co wtedy będzie robił Jerzy Podsiadło? Zapewne zmieni ławkę, w której siedzi. Już pojawiają się informacje, że może zostać wiceministrem gospodarki, odpowiedzialnym za hutnictwo. Na razie są to jedynie spekulacje. Poza tym pojawia się pytanie, czym wówczas zająłby się Andrzej Szarawarski, obecny wiceminister gospodarki. To on rozdaje teraz karty — nie tylko kadrowe — w hutniczej szkole.