Zemsta wzbudza pewien niesmak

Wojciech Surmacz
04-10-2002, 00:00

Dziś w kinach pojawi się „Zemsta” Aleksandra Fredry w reżyserii Andrzeja Wajdy. W Internecie pod adresem www.zemsta.pl jednak nie o tym filmie jest mowa. To ślad tego, czego ponad rok temu chciał dokonać Kazimierz Tarnas. Też zamierzał nakręcić „Zemstę”. Nie wyszło. Dlaczego?

- „Puls Biznesu”: Widział Pan już „Zemstę” Andrzeja Wajdy?

- Kazimierz Tarnas: Jeszcze nie.

- Nikt Pana nie zaprosił na premierę?

- Nie. Ale film obejrzę, gdy wejdzie na ekrany. Jestem bardzo ciekawy...

- Czego się pan spodziewa?

- Wie pan... Mam pewne obawy.

- Jakie?

- One wynikają przede wszystkim z obsady. Moja była zupełnie inna.

- Z pańskich pomysłów to chyba tylko Gajos pozostał...

- Kiedy zrezygnowałem z realizacji, to w ostatniej chwili Janusz Gajos doskoczył do tamtej ekipy. Pierwotnie Cześnika miał u Wajdy zagrać Jerzy Stuhr. Zresztą jestem przekonany, że Janusz zagrał znakomicie. To właśnie pod niego ustawiałem cały film. Ech...

- A te pańskie obawy... Czego konkretnie dotyczą?

- Roli Papkina. Roman Polański to nie jest dobry pomysł. Nie odmawiając też wspaniałego aktorstwa Kasi Figurze — ona jest po prostu jednowymiarowa. A Podstolina to nie tylko kobitka, szukająca męża. Kolejna moja obawa to młodzi... Hmmm... To kwestia zrozumienia Fredry.

- Ciężko się Panu mówi o „Zemście”. Dlaczego Pan zrezygnował z jej ekranizacji — ale tak szczerze...

- Po ogłoszeniu przez pana Wajdę, że będzie kręcił „Zemstę”, bank wycofał się z finansowania.

- Jaki to bank?

- BRE Bank.

- Czuje Pan o to żal do Andrzeja Wajdy?

- Wie pan... Żal?

- Złość?

- Nieee...

- Chęć zemsty?

- Nie należę do ludzi, którzy tak reagują...

- Jeszcze przed tym, jak Andrzej Wajda zakomunikował, że zrobi „Zemstę”, podkreślał pan, że to dla pana film życia.

- Tak. Przymierzałem się do tego wiele lat. Ale nie było okazji, nie było atmosfery... Aż taka nastała aura: dzięki tym polskim superprodukcjom można było się pokusić o ekranizację Fredry. No i wtedy zacząłem wszystko organizować. Miałem już podpisane umowy z aktorami, przygotowaliśmy projekty kostiumów itd. Przecież moja rezygnacja nastąpiła na trzy dni przed wyjazdem ekipy na budowę dekoracji do Wiśnicza... Tak że wie pan — nawet nie żal. Raczej pewien niesmak. Nie wierzyłem, że tego typu zachowania są w naszym środowisku możliwe. Po prostu przeceniałem ludzi. Mam taką naturę, że wiele spraw idealizuję. Nawet jak już zrezygnowałem, wielokrotnie dzwoniłem do pana Andrzeja, by się spotkać, porozmawiać... Moje starania do tej pory pozostały bez odzewu. No... trudno się mówi.

- Czy — przygotowując ten projekt — słyszał pan kiedykolwiek, że Andrzej Wajda nosi się z zamiarem ekranizacji „Zemsty”?

- Nie, nie, nie! Dowiedziałem się o tym po raz pierwszy, kiedy zwróciłem się do telewizji publicznej. Nie o pieniądze. Chciałem, by TVP objęła patronat nad moją realizacją. Dużo wcześniej rozmawiałem o „Zemście” ze Sławomirem Rogowskim, szefem Agencji Filmowej TVP. To był chyba koniec lutego 2001 r. Wtedy, właśnie z ust pana Rogowskiego, dowiedziałem się, że w grudniu roku 2000 na spotkaniu opłatkowym w TVP wspólnie z panem Wajdą podjęto decyzję, że — jak mi to przedstawił — zamiast teatru telewizji, nakręcą film według „Zemsty”. Po czym projekt upubliczniono. W kwietniu, za namową panów Kwiecińskiego i Morgensterna, Basia Hollender ogłosiła w „Rzeczpospolitej”, że szykują się dwie „Zemsty”. Ponieważ później zapadła cisza, a pan Andrzej się nie odzywał — mimo wielokrotnych moich starań — postanowiłem kontynuować przygotowania. BRE Bank zdecydował się na współpracę. Trzy dni po uzyskaniu tego zapewnienia zadzwoniono do mnie z BRE Banku, z prośbą o numer faksu, „bo muszą mi przesłać ważną informację”. Wcześniej bankowcy zobowiązali się, że przygotują i prześlą umowę. I dostałem faks. Ale z informacją, że ze względów marketingowych BRE Bank odstępuje od finansowania mojego projektu!

- Jak pan zareagował?

- Zadzwoniłem do banku. Odebrała asystentka pani, która prowadziła tę sprawę, i powiedziała: „No nie ma możliwości się z nią w tej chwili skontaktować. Nic nie wiem, mam tylko taką decyzję”. A następnego dnia rano wrzawa w mediach, że Andrzej Wajda — już oficjalnie — robi „Zemstę”! Zrozumiałem. Dla mnie mechanizm był prosty — pan Wajda dogadał się z panem Pacukiem z Kredyt Banku. Bankowcy z BRE już o tym wiedzieli. Dzwonili do mnie potem różni ludzie, mówiąc: „sfinansujemy to prywatnie, tylko niech pan robi swoje — na przekór wszystkiemu”. Ale, wie pan, jeśli takie informacje nie są sprawdzone, to nie wiadomo, jakie to pieniądze. I skąd. Doszedłem do wniosku, że rezygnuję: trudno, tak się czasem dzieje. Przeprosiłem ekipę, aktorów... Wszyscy zachowali się rewelacyjnie. Nikt nie żądał pieniędzy. Ale moja firma, która miała film produkować, do dziś ma długi z tego tytułu.

- Budżet pana projektu sięgnął 4,8 mln zł.

- Tak. Ale zawsze trzeba się liczyć, że podczas realizacji wyskoczą niespodzianki. Dlatego realnym kosztem tego filmu było 5 mln.

- Dzieło Andrzeja Wajdy początkowo miało kosztować 5,5 mln zł, w końcu budżet doszedł do około 10 mln zł.

- Przekroczył 10 milionów.

- Co pan o tym sądzi?

- Proszę pana...

- Wszystko przez tony sztucznego śniegu?

- Cóż, prawdopodobnie tak. No i m.in. gaża pana Polańskiego. Bo te 5 mln zł powinny całkowicie wystarczyć, by do kin zwabić milion widzów: taka frekwencja zwraca koszt podobnej produkcji. A są szanse, że ten film zobaczy jakieś 2 mln widzów. Po prostu „Zemstę” Fredry — czy będzie to lepsza czy gorsza interpretacja. Pan Wajda ma jedną rację w swoich wypowiedziach: prawda, że dziwne ataki dziennikarzy, a szczególnie krytyków na to, że sięga się po kolejną lekturę szkolną, są kompletnie błędnym myśleniem!

- Nie można kręcić ciągle filmów na podstawie lektur... To nudne.

- Proszę pana! W ciągu roku przychodzi do polskich kin średnio 26 mln widzów. Nie ma rynku filmowego! Zgodzi się Pan ze mną?

- Zgodzę się.

- No właśnie! Francja ma niecałe 60 mln mieszkańców i 180 mln widzów rocznie w kinach — podkreślam — na francuskich filmach, a około 400 mln w ogóle! Gdzie my jesteśmy?

- Nie da się tego porównać, ale...

- Jeżeli się nie wyrobi u ludzi młodych nawyku bywania w kinie, to wybijmy sobie z głowy, że zbudujemy rynek filmowy! Nowoczesne kina coraz częściej świecą pustkami... Na sali podczas seansu tworzy się pewna społeczność, która przeżywa film. Jeżeli jednak na sali jest 5-10 osób, to nie ma magii, lecz zimne oglądanie ruchomych obrazków.

- To lektury sprawią, że w polskich kinach nie będzie zimno?

Takie ekranizacje sprawiają, że klasy przychodzą do kin. Dlatego trzeba kręcić to, co im potrzebne. Jeżeli zaś mamy ekranizować lektury szkolne — a uważam, że tak! — obowiązkiem twórców pozostaje wierność autorowi dzieła. Temu, co napisał. Dlaczego? By szkoła chciała skorzystać z ekranizacji lektury i by to dało rezultaty, film musi mieć wymiar dydaktyczny. Dlatego dziecko powinno się zapoznać z epoką opowieści. Musi poznać ówczesne obyczaje, sposób zachowania, kostium, rekwizyt... Nie może być tak, że wielki Allan Starski w „Panu Tadeuszu” pokazuje dwór wielkopolski, zamiast litewskiego (i m.in. za to dostaje nagrodę). Takie jest moje zdanie.

- Sugeruje pan, że podobna niewierność pojawi się w „Zemście”?

Ja nie o tym... Chciałem powiedzieć, jak widzę filmową realizację lektur, klasyki. Wracając do „Zemsty”: Fredro specjalnie nie określił, kiedy się dzieje. Ale — pokazując grupy bohaterów — ten czas jednak w jakiś sposób precyzuje. Jeżeli tego nie ukażemy — tworząc własną wizję — po prostu miniemy się z właściwym oddaniem tego, co dziecko — a może i dorosły — powinno wynieść z kina po obejrzeniu „Zemsty”. Akcja dzieła pana Andrzeja Wajdy jest przeniesiona wiek wcześniej, czyli nie ma w nim tego, o co chodziło Fredrze. Podobno nie ma też pierwszej sceny z dramatu: „Piękne dobra w każdym względzie:/Lasy — gleba wyśmienita —/Dobrą żoną pewnie będzie —/Co za czynsze! — To kobieta!/Trzy folwarki...”

- Mowa o Podstolinie?

- Tak. Idzie o zawiązanie głównego tematu. Jeżeli tego nie będzie w filmie, od początku nie wiadomo, po co Cześnik się tak ciągle rzuca. Przecież nie o to chodziło autorowi! Inna rzecz: rozumienie tamtej epoki. Niestety 90 proc. naszego społeczeństwa — w tym i my, filmowcy po części — jest skażone peerelowską propagandą o skłóconej, pieniackiej szlachcie. A przecież bohaterowie „Zemsty” owszem, kłócą się, są skonfliktowani, ale wystarczy owa iskra, by doszli do porozumienia. Jeżeli się poczyta książki, opisujące pierwowzory literackie postaci Fredry w „Zemście”, to się okaże, że to cudowni, zabawni, ludzie. I moja „Zemsta” miała taka być... (chwila milczenia) Nie wyszło.

- Może tej iskry zabrakło między panem i mistrzem Wajdą? Być może panowie mogliby współpracować podczas tej produkcji?

- Może... Nie wykluczałem tego. Miałem nadzieję, że pan Andrzej po prostu się odezwie. Bo warto, żeby młodzież dostała to, co się jej należy. Poszukiwanie współczesnych odniesień? Nie czarujmy się, to nie o to chodzi. Po co? Chęciński zrobił „Samych swoich”, którzy nie są niczym innym niż „Zemstą”, umieszczoną w czasach jemu bliskich. I wcale nie musiał się posługiwać tekstem Fredry. Jeżeli sięgamy po ten wiersz, to także dlatego, by pokazać młodzieży, że wiersz to nie ramota. Wiersz wcale nie jest obcy współczesnej młodzieży. Bo czym jest rapowanie, czym jest hip-hop? To rymy — tylko że tu mamy pewną monotonię jednej linii melodycznej. A u Fredry rymy skrzą wszystkimi barwami. Nie trzeba się obawiać, że młodzież tego nie przyjmie, bo to starocie, bo to wiersz...

- Czyli można iść na ten film?

- Pytanie tylko, czy otrzymamy to, czego oczekujemy?

- A pan otrzyma to, czego pan oczekuje?

- (szeptem) Zobaczymy...

Po zakończeniu rozmowy, kiedy już wyłączyłem dyktafon, Kazimierz Tarnas dodał: — Chciałem jeszcze tylko powiedzieć, że — szkoda, że już pan nie nagrywa, ale może pan to napisać — największym dramatem polskiej kinematografii jest to, że ma jednego mistrza.

Kazimierz Tarnas, reżyser.

Urodził się w Warszawie w 1942 roku. Ukończył Studium Nauczycielskie oraz wydział reżyserii na kursach CPARA w 1963 roku. W latach 1963-65 był nauczycielem języka polskiego. Rok 1968 to dla Tarnasa czas ukończenia studiów na Wydziale Reżyserii PWST w Warszawie. Od roku 1969 do 1971 r. kierował założonym przez siebie młodzieżowym Teatrem Rekonesans przy domu Kultury na stołecznej Ochocie. W 1971 roku rozpoczął pracę w telewizji (asystent Jerzego Antczaka). W roku 1992 dostał nagrodę Przewodniczącego Komitetu Kinematografii za osiągnięcia w dziedzinie kultury filmowej „Laterna Magica” (za stworzenie Młodzieżowej Akademii Filmowej — MAF). Wieloletni wiceprezes warszawskiego kina Luna.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Zemsta wzbudza pewien niesmak