Recepta na sukces jest prosta. Trzeba założyć firmę jubilerską i dodać do tego ponad sto sześćdziesiąt lat pracy przedsiębiorczej rodziny.
Historia jednej z największych firm jubilerskich w Polsce — W.Kruk — sięga 1840 r., kiedy to przodkowie obecnego współwłaściciela spółki Wojciecha Kruka założyli w Poznaniu małą pracownię. Produkowała i naprawiała sprzęt liturgiczny. Siostrzeniec pierwszego właściciela przekształcił zakład w jeden z największych warsztatów jubilerskich w Wielkopolsce. W 1898 r. otworzył także sklep.
Droga złota i platynowa biżuteria zdobiona szlachetnymi kamieniami podbiła serca zamożnych klientów. Mały rodzinny interes zmienił się w tętniące życiem przedsiębiorstwo. Pierwszy kryzys przyszedł wraz z wojną — firma działała pod niemieckim zarządem. Po wyzwoleniu Krukom udało się ją odzyskać. W czasach komunizmu firma produkowała biżuterię srebrną oraz wyroby z mosiądzu i miedzi, m.in. popielniczki, nożyki do otwierania listów, medale.
Tłuste lata
Finansowo nie było źle, ale na pełny rozkwit działalności trzeba było poczekać do lat osiemdziesiątych, które przyniosły odwilż dla prywatnej inicjatywy.
— Im bardziej pusto było w sklepach handlu uspołecznionego, tym więcej klientów przychodziło do Kruka. Nie nadążaliśmy z produkcją. Pewnego dnia sprzedaliśmy biżuterię o wartości czterech polonezów — wówczas było to blisko 800 tys. zł. Nieraz musieliśmy zamykać sklep z powodu braku towaru — wspomina Wojciech Kruk.
Firma skorzystała też z tego, że w owym czasie podatek od produkcji eksportowej (w tym do dolarowych Peweksów) był niższy niż od produkcji na rynek krajowy. Sprzedaż zagraniczna W. Kruka rosła lawinowo, pomagało w tym otwarcie sklepów dewizowych w hotelach Orbisu. W pierwszym miesiącu pracy punkt w warszawskiej Victorii zarobił 4,9 tys. dolarów.
Za ciosem
Właściciele nie zasypiali gruszek w popiele. Na początku lat dziewięćdziesiątych rozpoczęli budowę sieci sprzedaży — największy salon otworzono w Poznaniu. Sprzedaż detaliczna i hurtowa — głównie zegarków i srebrnej biżuterii — zaczęła szybko rosnąć. Potrzebny był coraz większy kapitał inwestycyjny, zwłaszcza że na rynku pojawili się konkurenci — m.in. Apart, YES Biżuteria.
— W 1993 r. Polsko-Amerykański Fundusz Rozwoju Przedsiębiorczości nabył 49 proc. udziałów w spółce W.Kruk. Za te pieniądze kupiliśmy wytwórnię biżuterii Rytosztukę, do której przenieśliśmy całą produkcję i eksport, a handel detaliczny zostawiliśmy W.Krukowi — wyjaśnia Jan Rosochowicz, prezes firmy W.Kruk.
Pozostałe pieniądze wsparły strategię spółki, zakładającą utworzenie sieci salonów w największych miastach w Polsce.
Dla każdego
Właściciele przekonali się, że ekskluzywne towary z najwyższej półki odstraszają docelową grupę klientów — ludzi o przeciętnych zasobach finansowych. Aby zmienić ten wizerunek, spółka w 2000 r. ruszyła z kampanią promocyjną. Skierowano ją głównie do kobiet, które według badań W.Kruka najczęściej odwiedzają salony firmy i zostawiają w nich drobne kwoty.
— Do kobiecych magazynów dołączyliśmy ozdobne upominki, na wystawach sklepowych pojawiło się więcej srebra, a ceny w naszych salonach zaczynały się już od 29 zł — mówi Jan Rosochowicz.
Opłaciło się. Dzięki zmianie wizerunku firmy jej klienci chętniej sięgali po biżuterię wartości 50-100 zł. Firma nie zapomniała też o zamożnych klientach. Dla nich w 2001 r. wprowadziła na rynek kolekcję biżuterii Kruk Fashion, a cztery lata później zegarki szwajcarskiej marki Rolex. Odważniejsi klienci mogą znaleźć coś dla siebie w kolekcjach zaprojektowanych przez Studio W.Kruk Design, w których w sposób nowatorski zestawia się srebro z drewnem, skórą, masą perłową czy bursztynem.
W najbliższej przyszłości firma ma zamiar rozbudować sieć dystrybucyjną.
— W ciągu ostatnich trzech lat otworzyliśmy 20 punktów sprzedaży — m.in. ekskluzywny salon na placu Konstytucji w Warszawie. W sumie mamy ich już 35, a wkrótce powstaną kolejne trzy — tłumaczy Jan Rosochowicz.


