Złoty interes

opublikowano: 28-12-2017, 22:00

Zdzisław Kowalski jest jubilerem zafascynowanym Krajem Kwitnącej Wiśni. Zrodziła się z tego płatnerska pasja: łodzianin tworzy miecze w stylu japońskim.

Złotnictwo wymaga predyspozycji, wiedzy i umiejętności. Nie da się go uprawiać bez zmysłu artystycznego, zdolności manualnych, precyzji. To zawód elitarny, nieco tajemniczy i zanikający. Po małych pracowniach jubilerskich, częstych jeszcze w latach 80. XX wieku, pozostają głównie zapuszczone tabliczki i odziedziczona po przodkach biżuteria, jakiej nie ma nikt inny, bo powstała na zamówienie. To zawód, który wymagał bycia jednocześnie rzemieślnikiem i artystą, technologiem i poniekąd psychologiem, potrafiącym dopasować wykonywany przedmiot do potrzeb osoby, dla której był przeznaczony.

Japońska nuta. Zdzisław Kowalski ma wrażenie, że kiedy pracuje z naturalnymi kamieniami szlachetnymi, przez dłonie przewija mu się cały świat — bo są wydobywane w rozmaitych jego zakątkach. Fascynację Japonią widać natomiast nie tylko w wytwarzanej przez niego broni — nawet w biżuterii widoczne są motywy znane z Kraju Kwitnącej Wiśni.
Wyświetl galerię [1/3]

Japońska nuta. Zdzisław Kowalski ma wrażenie, że kiedy pracuje z naturalnymi kamieniami szlachetnymi, przez dłonie przewija mu się cały świat — bo są wydobywane w rozmaitych jego zakątkach. Fascynację Japonią widać natomiast nie tylko w wytwarzanej przez niego broni — nawet w biżuterii widoczne są motywy znane z Kraju Kwitnącej Wiśni. Fot. Krzysztof Jarczewski

Szczęśliwy metal

Pierścionek, kolczyki czy naszyjnik powstają w kilku etapach, obejmujących też obróbkę metalu — topienie, odlewanie, walcowanie, lutowanie, nitowanie, grawerowanie.

— Najważniejsza w zawodzie złotnika jest umiejętność wykorzystania rąk do pracy z metalem. A ja już jako dziecko lubiłem prace manualne w szkole — zajmowałem się modelarstwem, robiłem żaglowce. Potem zacząłem strugać z drewna noże, pudełka. Moja droga zawodowa i związek ze złotnictwem zaczęły się właściwie przypadkiem na początku lat osiemdziesiątych. Po wojsku pracowałem w centrali telefonicznej. Wujek znajomego szukał ucznia do pracowni złotniczej, więc postanowiłem spróbować swoich sił. Zacząłem praktykować u mistrza Stanisława Szudy. Ta praca tak mi się spodobała, że odszedłem z łączności i zostałem w zakładzie na stałe. Wtedy po trzech latach uzyskiwało się papiery czeladnicze, a po kolejnych trzech mistrzowskie — wspomina Zdzisław Kowalski.

Lata 80. były dobre dla rzemieślników. Zamówień, a zatem pracy było dużo. Klienci interesowali się ręcznie wykonywaną biżuterią, z naturalnymi kamieniami szlachetnymi — szafirami, szmaragdami, rubinami. Sytuacja pogorszyła się po przemianach ustrojowych roku 1989.

— Teraz większość ludzi idzie do sklepu i kupuje gotowce, nie szukają czegoś wyjątkowego, zrobionego z myślą o nich. Złoto to metal pochodzący od słońca, szczęśliwy. Powinno się je nosić. Ja pozostałem wierny tradycyjnemu sposobowi wyrobu biżuterii. Zaczynam od podstaw — złoto trzeba stopić, przewalcować, przyjrzeć się kamieniom. Każda oprawa powstaje osobno zgodnie z zasadą: oprawa do kamienia, a nie odwrotnie. Przy biżuterii kupowanej w sklepach bywa inaczej — pierścionki są odlewane razem z kamieniami, a metal odlewany i kuty ma inną strukturę, różne właściwości i wygląd, wystarczy przywołać żelazo — odlewane i kute to zupełnie inne produkty. Ze złotem jest podobnie. Gdy się robi biżuterię, wkłada się cząstkę swojej duszy w coś, co będzie komuś towarzyszyło przez lata, może odziedziczą to kolejne pokolenia — opowiada rzemieślnik. Gdy pracuje z naturalnymi kamieniami szlachetnymi, ma wrażenie, że przez dłonie przewija mu się cały świat — są wydobywane w Indiach, Boliwii, na Sri Lance... Bardzo lubi naprawiać starą biżuterię, bo może wtedy podziwiać kunszt dawnych rzemieślników. Mieli swoje tajemnice, które dziś trudno rozwikłać.

— Widziałem kiedyś program o firmie, która próbowała, stosując dzisiejsze techniki, skopiować kolczyki znalezione w kurhanie, bodajże w Afganistanie. Nie udało się. Są techniki nie do podrobienia — mówi Zdzisław Kowalski.

Tajemnica miecza

W 1988 r. chciał się zapisać na aikido, ale okazało się, że takiej sekcji w Łodzi nie było. Przez ogłoszenie trafił na zajęcia ju-jitsu. Dziś ma już trzeci stopień mistrzowski (dan) w ju- -jitsu i drugie kyu w nin-jitsu. Treningi wzbudziły w nim zainteresowanie Japonią, a potem tamtejszymi mieczami, możliwościami, jakie dają i ich budową. Miecze wykonywane poza Japonią określa się mianem „w stylu japońskim”. Natomiast miecz japoński musi być wykonany w Japonii przez mistrza, który otrzymał certyfikat od cesarza. Są kuźnie, w których miecze wytwarza 24. pokolenie. Technologia była owiana tajemnicą. Podobno średniowieczny mistrz Masamune obciął rękę swojemu uczniowi, który chciał sprawdzić, jaka jest temperatura wody do hartowania. Miecz broni honoru, potęgi i odwagi właściciela, dlatego w Japonii jest traktowany jak świętość. Oryginalny to mordercza broń, ale także dzieło sztuki. Jego kucie jest w Kraju Kwitnącej Wiśni ceremonią o charakterze religijnym, obejmującą oczyszczenie płatnerza i broni ze złych mocy. Płatnerz musiał się przygotowywać duchowo do pracy, która mogła trwać nawet miesiącami. Podobno pewien miecz powstawał aż dziesięć lat. Jakość klingi wypróbowywano zazwyczaj na skazańcach — niegdyś wprawny samuraj potrafił przerąbać nawet pięć ciał ułożonych jedno na drugim. Każdy miecz był sygnowany przez twórcę, na trzonie miał wyryte informacje o wykonawcy i czasie powstania. Oklejona skórą rękojeść była owinięta taśmą. Metalowe okucia wykonywali inni rzemieślnicy, którzy umieli stworzyć arcydzieło, łącząc miedź, stal, mosiądz, złoto i srebro. Miecz powstawał w domu właściciela. Nie mógł go opuścić, zanim nie zakończono pracy. Później był przechowywany na specjalnych stojakach, owijanych w jedwab. W rodzinie był przekazywany z ojca na syna, więc mogło być i tak, że biedny samuraj miał klingę z dobrej stali we wspaniałej oprawie, dla której był gotów poświęcić życie swoje i rodziny. Każda obraza białej broni równała się obrazie osobistej.

— Zacząłem tworzyć broń w polskich warunkach, jednak ostrza nie wykuwałem, korzystałem z pracy kuźni. Do mnie należy szlifowanie ostrza i oprawa, czyli rękojeść, pochwa i okucia. Ponieważ robię to z doskoku, w wolnych chwilach, przygotowanie miecza zajmuje mi około dwóch lat — samo szlifowanie ostrza trwa kilka miesięcy. W Japonii cały proces od wytapiania rudy przez odkuwanie klingi, hartowanie, szlifowanie, oprawę jest podzielony między kolejnych fachowców. Ja większość robię sam — opowiada Zdzisław Kowalski. Miecz, także stworzony w Polsce, musi być odpowiednio pielęgnowany.

— Nie wolno dotykać ostrza gołą ręką, nawet palcami — kontakt z wilgocią lub solą powoduje rdzewienie ostrza w ciągu kilku godzin. Ostrze musi być systematycznie czyszczone oliwką — w Japonii używano w tym celu olejku goździkowego. Przed oliwieniem miecz musi być rozebrany, oliwione są też jego niewidoczne części. Oliwa jest później usuwana za pomocą sproszkowanej kredy zawiniętej w warstwę bawełny i warstwę jedwabiu. Następnie ostrze czyści się za pomocą ligniny lub lnianej ściereczki — wyjaśnia rzemieślnik. Zrobił już kilkanaście mieczy. Głównie dla siebie, choć zainteresowani kupnem byli koledzy, z którymi Zdzisław Kowalski trenował. Jeden miecz kosztuje około tysiąca złotych.

Świat rzemiosła zanika, uczniów jest coraz mniej.

— Gdy odbywałem praktyki, wielu starych mistrzów spotykało się w urzędzie probierczym, do którego się zanosiło wyroby do cechowania — potrafili rozmawiać godzinami, stojąc w kolejce. Wielu już odeszło. Wiedza gdzieś pozostaje, szukam nowej w książkach, oglądając zdjęcia prac w internecie, szukam kolejnych pomysłów. Chętnie bym ją przekazał, lecz sens pracy z uczniem jest wtedy, gdy zdobywa umiejętność łączenia, lutowania, oprawiania kamieni, które bywają wpuszczane w metal i zakuwane, a nie przygotowuje tylko półfabrykaty jubilerskie, co dzieje się przy niewielkiej liczbie zamówień — ubolewa Zdzisław Kowalski. Z pasją stosuje motywy japońskie w swojej biżuterii. Tworzy wisiory, brosze, bransolety, klamry do pasów, spinki do krawatów ze zdobniczymi elementami z japońskich mieczy. Używa do tego czterech metali: złota, srebra, miedzi i mosiądzu.

— W dawnej literaturze japońskiej znalazłem zapisy, że w tworzeniu miecza miało udział pięć elementów, z których zbudowany jest świat: ziemia, metal, ogień, woda, drewno. Biorą również udział w tworzonej przeze mnie biżuterii, powstającej z nawiązaniem do tradycji, historii i natury — wylicza złotnik. W zgodzie z naturą Zdzisław Kowalski tworzy też od lat ogród z kolekcją drzewek bonsai.

— Czerpię z niej inspirację do pracy. Zajmowanie się miniaturowymi drzewkami, pielęgnowanie ich, jest rozpisane na lata. Daje mi to spokój i wytrwałość w tym, co robię — podkreśla rzemieślnik. &

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: EWA TYSZKO

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Złoty interes