Złoty uniknął ostrza gilotyny

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 08-09-2009, 00:00

Miał być kokos w głowę, jest klepanie po plecach. Na razie ministrowi finansów udaje się obłaskawiać inwestorów.

Rynki przełknęły deficyt, agencje

ratingowe nie chcą nas karać

Miał być kokos w głowę, jest klepanie po plecach. Na razie ministrowi finansów udaje się obłaskawiać inwestorów.

Minister finansów okazuje się świetnym dyplomatą. Rynki z niewiarygodnym spokojem przyjęły wiadomość, że deficyt w przyszłym roku wyniesie 52,2 mld zł, czyli prawie dwukrotnie więcej niż w roku obecnym.

— Gdy szedłem do pracy, spodziewałem się, dziś na rynkach będą wstrząsy. A jednak nic się nie działo. Jestem bardzo zdziwiony — mówił wczoraj Michał Woźniak, dealer walutowy w Invest-Banku.

Na luzie

Większość ekonomistów w weekend zapowiadało, że za złą sytuację w finansach państwa w poniedziałek złoty dostanie po uszach, a indeksy na warszawskim parkiecie zanurkują. Tymczasem złoty zareagował tylko nieznacznym osłabieniem, po którym się umocnił i wrócił do poziomu z piątku wieczorem (około 4,11 zł za euro). WIG 20 wystrzelił natomiast rano w górę o 3 proc., a później dalej nieznacznie rósł. Na obligacjach też szoków nie było widać.

— Wszystko wskazuje na to, że inwestorzy nie zaniepokoili się rosnącym deficytem — przyznaje Michał Woźniak.

Dziś takie tłumaczenie wydaje się najbardziej racjonalne, choć analitycy mają też inne pomysły.

— Być może złotemu pomogła sytuacja innych walut, głównie umocnienie euro do dolara. Niewykluczone jest też, że złotego chronił rząd, sprzedając euro za pośrednictwem Banku Gospodarstwa Krajowego. Byli przygotowani do ewentualnej reakcji na osłabienie, więc kto wie, czy nie czuwali nad stabilnością naszej waluty — mówi Marek Wołos, analityk TMS Brokers.

Nota aktualna

Wczoraj rząd ujawnił nieco więcej szczegółów dotyczących przyszłorocznego budżetu. Wydatki mają wynieść 297,7 mld zł, a dochody 245,5 mld zł — podał Bloomberg. Scenariusz ten zakłada, że w 2010 r. za euro będziemy płacić średnio 4,08 zł, bezrobocie na koniec roku wyniesie 12,8 proc., główna stopa procentowa NBP — 3,5 proc., a deficyt na rachunku bieżącym sięgnie 2,1 proc. PKB. To jednak rynków również nie przestraszyło. Spokój inwestorów potwierdzają wczorajsze wypowiedzi ekonomistów agencji ratingowych. Dwie z nich — Moody’s i Standard Poor’s — zapowiedziały, że spodziewały się dużej dziury budżetowej, więc nie zamierzają nas za nią karać obniżeniem ratingu. I to jest najważniejsza informacja dnia.

— Stabilna perspektywa ratingu A2 jest już oparta na założeniu deficytu mniej więcej na takim poziomie, jaki podaje Ministerstwo Finansów. Przewidywaliśmy, że w 2010 r. deficyt całego sektora finansów publicznych wyniesie 77 mld zł, czyli 5,9 proc. PKB — mówi Kenneth Orchard, analityk Moody’s.

W piątek minister Jacek Rostowski mówił o poziomie 7 proc. Jak widać różnica 1,1 pkt proc. nie wstrząsnęła analitykami.

— Wysoki deficyt nie jest niespodzianką. Plan budżetu jest neutralny dla ratingu — powiedział agencji Bloomberg Kai Stukenbrock, analityk Standar Poor’s.

Byle potknięcie

Ekonomiści są jednak zgodni, że Jacek Rostowski jest dopiero na początku batalii o przyszłoroczny budżet i o otwieraniu szampana jeszcze nawet nie powinien myśleć. Inwestorzy mogą stracić zaufanie do polskiego rządu w każdej chwili. Wystarczy, że uznają, że prywatyzacja nie dostała tak ostrego przyspieszenia, jak obiecywał premier Donald Tusk.

— Deficyt jest bezpieczny dopóty, dopóki finansowany jest zwiększonymi przychodami z prywatyzacji — dzięki nim nie zwiększają się znacząco potrzeby pożyczkowe państwa. Jeśli jednak okaże się, że sprzedaż państwowych firm idzie opornie, rynki mogą stracić cierpliwość — mówi Michał Woźniak.

Podobne pomruki już zresztą słychać. Standard Poor’s daje do zrozumienia, że wiara w polskie finanse publiczne jest warunkowa.

— Dług publiczny nie przekroczy progu ostrożnościowego 55 proc. PKB, o ile zrealizowany zostanie plan prywatyzacji. Takie uzależnienie od sprzedaży aktywów jest ryzykowne — mówi Kai Stukenbrock.

Jacek Rostowski wierzy jednak w umiejętności handlowe ministra skarbu państwa.

— Żeby nie przekroczyć poziomu alarmowego przychody z prywatyzacji w obecnym i przyszłym roku muszą wynieść 28 mld-29 mld zł. Nie widzę powodów, by tak się nie stało — zapewniał wczoraj minister finansów.

Dopytywany przez dziennikarzy, porównał prawdopodobieństwo niepowodzenia do spadku asteroidy na Warszawę.

Piotr Bujak, ekonomista BZ WBK

Założenia do budżetu wydają się ostrożne — rząd woli przyjąć raczej pesymistyczny scenariusz i liczy na pozytywną niespodziankę. Widać to głównie w kursie złotego do euro — rząd praktycznie nie zakłada umocnienia (co działałoby na korzyść rządu, ponieważ obniżyłoby koszt obsługi długu), tymczasem jest ono bardzo prawdopodobne. Analogiczną strategię widać w prognozach PKB i inflacji na przyszłe lata. Wydaje się, że oba wskaźniki mogą być wyższe, co będzie sprzyjało wykonaniu budżetów. Realistyczna wydaje się natomiast prognoza bezrobocia. Ostatnie informacje z gospodarki pokazują, że sytuacja na rynku pracy jest dość stabilna (oczyszczone z czynników sezonowych bezrobocie według Eurostatu nie wzrosło od kwietnia do lipca).

Dość odważne wydaje się założenie, że stopy procentowe NBP do końca przyszłego roku zostaną bez zmian. Powołana za kilka miesięcy Rada Polityki Pieniężnej może chcieć zbudować zaufanie przez podwyżki stóp. Nie da się natomiast nic powiedzieć o założeniu przychodów i wydatków, ponieważ nie znamy założeń na rok bieżący. Nie wiemy więc, czy rząd spodziewa się wzrostu czy spadku.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu