Do wszystkiego doszłam sama — zapewnia w wywiadach niejedna gwiazda show-biznesu, która poszła w ślady sławnego rodzica: aktora, piosenkarza, prezentera telewizyjnego. I podkreśla z naciskiem, że znane nazwisko jest dla niej raczej ciężarem niż trampoliną do kariery. Czym wytłumaczyć takie wyznania? Przerostem ego, niewdzięcznością, głupotą? Pewnie wszystkim naraz.

Wcale nie twierdzimy, że takim celebrytom jak Enrique Iglesias, Brooklyn Beckham i Coco (córka Stinga) brakuje talentu, pracowitości i determinacji. Nie wykluczamy również, że bycie porównywanym do słynnej mamy lub popularnego tatusia jest dla niektórych uciążliwe. Trudno jednak zaprzeczyć, że łatwiej zdobyć prestiż, bogactwo, sławę, gdy ktoś z najbliższych przetarł nam szlak.
Mit kompetencji
Dziś wielu ludzi w biznesie, polityce, nauce podziela przekonanie, że ciężka praca, wrodzone zdolności i wyjątkowe kwalifikacje zapewnią ci pieniądze, władzę i wpływy. Towarzyszy temu lekceważenie roli szczęścia i korzystnych uwarunkowań społecznych w odnoszeniu sukcesów. Na tym polega osławiony mit merytokracji — niemalże religijna wiara, że człowiek jest kowalem swojego losu. Inaczej: każdy dostaje od życia dokładnie to, na co zasługuje. Leniuch ląduje na bruku, a pracuś — w miękkim prezesowskim fotelu.
— Dzisiejsze biografie topowych biznesmenów i menedżerów przypominają dawne żywoty świętych. Pokazują, z jakim trudem te niezwykłe jednostki pięły się na szczyt, jak przezwyciężały pokusy wygodnego życia i wady charakteru. Przeciwności, zamiast je zniechęcać, mobilizowały je do jeszcze większych wysiłków i poświęceń. Za tymi historiami kryje się jednoznacznie przesłanie: postępując podobnie, my także zajdziemy wysoko — wyjaśnia dr Bartłomiej Dobroczyński, historyk psychologii z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
A jaka jest prawda? Spójrzmy na Billa Gates’a, któremu niewątpliwie chciało się bardziej niż przeciętnemu studentowi w Ameryce. Czy jednak zbudowałby jedną z największych firm na świecie, gdyby jako nastolatek nie miał dostępu do zaawansowanego komputera, o którym większość osób w jego wieku mogła tylko pomarzyć? Wątpi w to Robert H. Frank, autor niedawno wydanej w Polsce książki „Sukces i szczęście. Dobry los a mit merytokracji”. Jego zdaniem, wśród rówieśników przyszłego założyciela Microsoftu pewnie nie brakowało osób równie zdolnych i pracowitych — niemniej zwykle kończyli na podrzędnych stanowiskach, w niższych warstwach klasy średniej. O wyjątkowym powodzeniu — lub miernej egzystencji — decydują trudne do przewidzenia zbiegi okoliczności, drobne, losowe zdarzenia, ale także to, w jakim urodziliśmy się kraju i jakiej rodzinie.
— Merytokracja sprawdziłaby się wśród idealnych ludzi, którzy umieją się wznieść ponad swoje osobiste ambicje i powszechną skłonność do promowania przyjaciół i rodziny kosztem tych, którzy faktycznie na to zasługują — uważa Marcin Przybyłek, trener i szef firmy szkoleniowej Hekson.
Dodaje, że nie żyjemy w świecie merytokracji, ale w świecie kolesiostwa — swój wspiera swojego, a obcy, choćby inteligencją dorównywał Albertowi Einsteinowi, zawsze ma pod górę. Potwierdza to niemal powszechne zjawisko sławy po śmierci.
— Gdy w Muzeum Narodowym w Warszawie oglądałem wystawę obrazów Aleksandra Gierymskiego, nie mogłem przeboleć, że był on za życia niedoceniany. Dziś ładnie się mówi o podróżach artysty po Europie, a chodziło o desperacką tułaczkę za chlebem. Umarł zapomniany, biedny, w szpitalu psychiatrycznym we Włoszech. Czy jego czasy były niełaskawe dla jakiejkolwiek sztuki i jej przedstawicieli? Absolutnie nie. Ówcześni krytycy wychwalali pod niebiosa wielu innych malarzy, rzeźbiarzy, pisarzy, rzekomo wybitnych, a jednak geniusze ci przepadli w mrokach historii — opowiada Marcin Przybyłek.
Stąpaj ostrożnie
Merytokrację wyklucza niesprawiedliwość społeczna.
„Między tymi, którzy mają pieniądze i pozycję, istnieje współpraca i lojalność, która przypomina relacje mafijne. Wszyscy pozostali ludzie, ufnie oferujący swoją siłę roboczą na rynku pracy, tułają się dziś po świecie, gdzie ich umiejętności i zasługi przynoszą niewielką korzyść ekonomiczną” — twierdzi Jaroslav Fiala, redaktor naczelny czeskiego serwisu A2larm.cz.
Natomiast Marcin Przybyłek wskazuje na zwykłą ludzką zazdrość. Cytuje wiersz Williama Butlera Yeats’a: „Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach”. Według szkoleniowca, lepiej nie liczyć na to, że inni będą się bezinteresownie cieszyć z naszych osiągnięć, radości i szczęścia. Raczej poczują się gorsi i zagrożeni naszymi sukcesami.
— Jesteśmy jak żołnierzyki na podstawkach. I te podstawki, czyli nasze plany, cele, ambicje, nachodzą na siebie wzajemnie, co jest przyczyną konfliktów, frustracji, stresu. Każdy ma swoją życiową przestrzeń — jedni są gotowi ją ograniczać, co zwykle wiąże się z bólem, a drudzy powiększają ją kosztem rywali — obrazowo tłumaczy szef firmy Hekson.
Jakiś dziwnym trafem ci, którzy ustępują innym, nie mają za sobą bogatej rodziny ani nie noszą rozpoznawalnego nazwiska. © Ⓟ