Żona cezara nie mogłaby finansować tej kampanii

Jacek Zalewski
opublikowano: 2005-10-17 00:00

W czasie weekendu sytuacja w wyścigu prezydenckim specjalnie się nie zmieniła i w ostatni tydzień kampanii Donald Tusk wchodzi z przewagą nad Lechem Kaczyńskim, wahającą się — w ocenie różnych ośrodków badawczych — od kilku do nawet kilkunastu punktów procentowych.

Bardzo niewygodne dla obu rywali są dane z monitoringu finansowania kampanii. Według szacunków Fundacji Batorego oraz Instytutu Spraw Publicznych, komitety wyborcze Tuska i Kaczyńskiego już przed pierwszą turą przekroczyły limit wydatków, wynoszący w tym roku 13,8 mln zł. Zbitka terminowa wyborów parlamentarnych i prezydenckich oraz rozbieżności w przepisach finansowych obu kampanii umożliwiają prowadzenie kreatywnej księgowości na skalę niespotykaną w politycznej historii III RP. Z drugiej strony — ta żonglerka wydatkami jest naturalna, albowiem kandydaci na prezydenta promowali listy swoich partii. Pewne pozostaje jedno — budżetem wyborczym naprawdę nie mogłaby zajmować się przywołana w tytule niewiasta, która musiała być „ponad wszelkie podejrzenia”.

Bez większego ryzyka obstawiamy jednak, iż w ustawowym terminie trzech miesięcy do Państwowej Komisji Wyborczej wpłyną nienaganne sprawozdania finansowe wraz z opiniami biegłych rewidentów, a limit wydatków prezydenckich nie zostanie w nich przekroczony. Wzorcem może być rozliczenie Aleksandra Kwaśniewskiego, którego komitet pięć lat temu przedstawił dokumenty na kwotę 11 999 604 złotych i 86 groszy przy ówczesnym limicie 12 mln zł. Aż dziw, że nie znalazł fakturki na pozostałe 395 zł 14 gr! I tak samo wiarygodne będą sprawozdania tegoroczne z wpisaną kwotą, powiedzmy, 13 799 864 zł i 23 gr.

Skąd kandydaci wezmą pieniądze na spłatę zaciągniętych kredytów? Głównie z partyjnych funduszy wyborczych, zasilonych dotacją podmiotową z budżetu państwa za mandaty zdobyte w Sejmie i Senacie. Pięć lat temu filarem budżetu wyborczego Aleksandra Kwaśniewskiego była jedna ogromna wpłata — 7,1 mln zł z funduszu wyborczego SLD. W tym roku obowiązuje ta sama zasada i dlatego głowa państwa znowu będzie w pierwszej kolejności prezydentem partii, która opłaciła kampanię.

Finałowa rozgrywka w nadchodzącą niedzielę ma bardzo wymierne następstwa finansowe. Tylko jej zwycięzcy będą mogli uznać kwotę 13,8 mln zł — taką nominalnie, a w rzeczywistości znacznie większą — za niezbędne koszty przyszłościowej inwestycji. Przegranym nie pozostanie nic innego, jak tylko pogodzić się z gigantyczną stratą.