Lekceważeni przez rząd nauczyciele domagają się dymisji trzech ministrów, a kolejarze grożą strajkiem.
Miało być lepiej, a wyszło jak zwykle. Przed wyborami PO deklarowała równe traktowanie partnerów społecznych, co cieszyło zwłaszcza niezadowolonych z dialogu pracodawców. Po wyborach szala przechyliła się na ich stronę. Niezadowoleni związkowcy nie ukrywają rozczarowania. Na razie gorycz w stolicy wylewają pracownicy oświaty i kolejarze zrzeszeni głównie w Solidarności. Nauczyciele alarmują, że decyzje zapadają ponad ich głowami i chcą zapłaty także w postaci głów: Michała Boniego, ministra w kancelarii premiera i głównego doradcy ekonomicznego, Jolanty Fedak, minister pracy, i Katarzyny Hall, minister edukacji. Kolejarze zaś grożą strajkiem.
Zdaniem związkowców, negocjacje z Michałem Bonim prowadzone są w sposób arogancki, gdzie przyjmuje się rozwiązania rządowe bez dyskusji. Z kolei panie minister związki zawodowe obarczają odpowiedzialnością za zbyt małe podwyżki i pozbawienie nauczycieli prawa do przechodzenia na wcześniejsze emerytury. Związkowcy chcą m.in. zwiększenia uposażenia stażystów, ale nie kosztem nauczycieli z większym doświadczeniem.
Kolejarze zaś chcą pozostawienia przywilejów emerytalnych, które zgodnie z rządowym projektem ustawy miałaby stracić większość z nich.
PiS na razie nie podej- muje postulatów związ- kowców dotyczących dy- misji.
— Rozważamy jedynie wniosek o wotum nieufności dla Ewy Kopacz, minister zdrowia, i to dopiero w lipcu. Uzależniamy go jednak od wyniku debaty nad założeniami do reformy służby zdrowia — mówi Joachim Brudziński, poseł PiS.
Dodaje, że PO prowadzi pozorowane rozmowy ze związkowcami, co może skutkować poważniejszą akcją protestacyjną.
— Osobiście nie życzę rządowi takiego problemu, bo to odbije się na wzroście gospodarczym — dodaje Joachim Brudziński.