Nie zobaczycie jej w reklamach, nie rozpoznacie na ulicy, choć dwukrotnie stanęła na podium mistrzostw Europy. Jej cel — igrzyska.
W ostatnich latach polskie pływanie stoi pod znakiem sukcesów Otylii Jędrzejczak. Podczas sierpniowych mistrzostw Europy w Budapeszcie, kibice i media wyczekiwali na triumf polskiej mistrzyni olimpijskiej. Jędrzejczak w końcu wygrała, jednak wcześniej, pierwszy medal dla Polski na tej imprezie zdobyła niespełna 19-letnia Katarzyna Baranowska. Kilka dni później do brązu na 400 m stylem zmiennym dołożyła srebro na dwa razy krótszym dystansie. Pokazała pazur i zgłosiła aspiracje do kolejnego medalu. Tym razem olimpijskiego.
Łakocie i medale
Styl zmienny to kwintesencja pływania. Zaczyna się od motylka, potem grzbiet, żabka i finałowy kraul. Nie można mieć słabych stron. Po mistrzostwach Baranowska miała wreszcie kilka tygodni wolnego. Teraz, przesycona zapachem chloru pływalnia znów staje się dla niej drugim domem. Umawiamy się na lody w jej rodzinnym Szczecinie. Pierwsze wrażenie nie pozostawia wątpliwości — należą się dziewczynie łakocie. Jej sylwetka nie przypomina potężnie zbudowanych sprinterek czy pań przywiązanych do jednego stylu. Jedynie wzrost i szersze barki sygnalizują, że osoba, która właśnie zamawia koktajl owocowy z bitą śmietaną, to sportsmenka. Na przegubie dłoni — czarna silikonowa opaska od Otylii.
— U mnie nie liczy się masa, przyrost mięśni. Raczej ich wytrzymałość i dynamika — tłumaczy fachowo Katarzyna Baranowska.
Przed igrzyskami olimpijskimi w Pekinie są jeszcze mistrzostwa świata w Melbourne, w marcu przyszłego roku. Do tego czasu, jeśli wszystko pójdzie dobrze z planem, Baranowska przepłynie ponad tysiąc kilometrów. Do tego bieganie, siłownia, rower i specjalne gumy do pływania „na sucho”. Wcześniej, w czasie jesiennych mistrzostw Polski zdąży jeszcze zapewne powiększyć swą kolekcję medali. Teraz ma ich z siedemdziesiąt.
— Ona sprawi nam jeszcze dużo radości — mówi o szczecińskiej zawodniczce Paweł Słomiński, trener polskiej kadry i Otylii Jędrzejczak.
Baranowska od kilku lat solidnie pracuje, by te słowa nie straciły na aktualności. Choć nie brakowało scysji z klubowym trenerem Marianem Drozdem, który zarzucał swojej podopiecznej nieprzykładanie się do treningów. Jednak ostatnio, na najważniejsze zawody, Baranowska trafiła z formą. W Budapeszcie trzykrotnie biła rekordy Polski.
— Miałam tremę, bo wiedziałam, że stać mnie na podium. Ale umowa z trenerem była klarowna: nie musi być medalu, lecz muszę pobić rekordy życiowe — opowiada Katarzyna Baranowska.
Podwodna matura
Udało się zrobić dwa w jednym. Jest nowy duch, jest motywacja. A tego w tym sporcie szczególnie potrzeba. Nie brakuje pływaków, którzy porzucali basen, by później próbować do niego wrócić. Marian Drozd mówi, że w swej karierze trenerskiej udane come backi mógłby policzyć na palcach jednej ręki. Tak jak powrót Otylii Jędrzejczak, która po trzech medalach w Atenach zrobiła sobie kilkunastomiesięczne wakacje. Podobnie zrobiła Jana Kłoczkowa, rekordzistka świata na 400 m zmiennym. Takie przerwy nie dziwią, jeśli bliżej przyjrzeć się treningowi najlepszych. Dziennie trzeba przepłynąć nawet 10 km, czyli czterysta 25-metrowych basenów. Rocznie uzbiera się ze trzy tysiące kilometrów. Nie ma świąt czy weekendów. Czepek na głowę, okularki i siup pod wodę, samotnie odbijać się od ściany do ściany. Prawie mechanicznie walczyć z hektolitrami chlorowanej wody.
— Trzeba mieć swój sposób, żeby nie zwariować. Ja śpiewam sobie piosenki, powtarzam materiał na egzaminy — śmieje się pływaczka.
Ta metoda się sprawdziła, bo matura zdana bez pomocy Giertychowej amnestii. Wyniki przyszły SMS-em, kiedy to na zgrupowaniu Baranowska szlifowała formę przed budapeszteńskimi mistrzostwami. Dylematu studia czy pływanie w ogóle nie było. Dostała się do Instytutu Kultury Fizycznej Uniwersytetu Szczecińskiego, kierunek: kultura fizyczna. Myślała też o rehabilitacji lub psychologii, ale ten basen... Trener Drozd mówi wprost: rok studiów zrobi w dwa lata i to pewnie w indywidualnym trybie. Treningi to priorytet.
Takie postawienie sprawy oznacza, że znów zabraknie dnia na życie towarzyskie czy poważniejsze hobby.
— Rzadko nachodzi mnie myśl, żeby to rzucić w cholerę. Choć kiedy rano trzeba wejść do basenu, to się odechciewa wszystkiego — mówi Katarzyna Baranowska.
Potem już z górki, tylko pięć godzin młócenia wody. A zresztą — sport to zdrowie. Dają się we znaki zatoki i kręgosłup, dwa lata temu była operacja kolana. Artroskopia oznaczała trzy miesiące poza pływalnią. Posmakowała życia ponad wodą. Ale wtedy do głosu doszła mama, była lekkoatletka i łyżwiarka.
— Albo idziesz teraz na trening, albo możesz nie wracać — zapowiedziała surowym głosem.
Trzeba było przeprosić się z basenem, do którego trafiła przypadkiem. Lekarz zalecił jej choremu bratu pływanie jako element rehabilitacji. Zabrał więc ze sobą młodszą siostrę, z którą dziś wygrywa jedynie na krótkie dystanse.
Durban na stres
Pół koktajlu już za mistrzynią, a rozpoznała ją dopiero jedna osoba.
— Nie jestem gwiazdą, nie mam sponsorów i fanklubu — zaznacza.
Na razie wystarcza jej stypendium od miasta i z Polskiego Związku Pływackiego. Jeśli wskoczy na podium w Melbourne, zapewne rozpęta się wokół niej medialna gorączka. Wtedy może usłyszy o niej ktoś, kto będzie chciał wykorzystać jej wizerunek. Według najnowszych rankingów, na 200 metrów zmiennym Baranowska ma w tym roku siódmy wynik na świecie, a na 400 metrów jest piąta.
Na razie, zamiast kręcenia reklamówek, pozostaje mozolny trening i zawody, które są, na szczęście, porozrzucane po całym świecie. Hiszpania, Austria, Szwecja, Niemcy, Szkocja czy Rosja to przebłyski w treningowej monotonii.
— No i ten Durban w RPA, pięknie położony nad Oceanem Indyjskim, hotel z widokiem na plażę i miasto — rozmarza się Katarzyna Baranowska.
Takie wyjazdy to szansa na złapanie dystansu do pływającego cyrku. Bo wbrew pozorom, ta dyscyplina niesie olbrzymi ładunek emocji. Dlatego codziennie czeka szczecińską zawodniczkę pół godzinny ćwiczeń relaksujących, a przed zawodami także spotkania z psychologiem. Tuż przed startem zostaje sama. Ma na to wypróbowany przez wielu sposób — muzykę. Do ostatniej chwili na uszach ma słuchawki, a tam ostre, dynamiczne dźwięki — to brytyjska grupa The Prodigy. Nomen omen, prodigy po angielsku oznacza niezwykły talent.
— Talent to pięć procent, reszta to praca — zastrzega zawodniczka.
Nie pęka przed startem. Pomaga to, że w pokoju dla zawodniczek nie ma gry psychologicznej, demonstracji siły. Każdy jest dla siebie uprzejmy. Walka zaczyna się dopiero na słupku i niekoniecznie wygląda tak, jak to opisują komentatorzy telewizyjni.
Kalkulacje i bariery
Największym obciążeniem jest presja wyniku i strach przed przeforsowaniem. Baranowską już kilka razy „ścięło” i ledwo dopłynęła do końca. To uczy pokory. Z drugiej strony daje szanse poznania możliwości własnego organizmu.
— Trzeba umiejętnie rozłożyć siły, znaleźć własne tempo — tłumaczy pływaczka.
Bo na inne zawodniczki nie ma się i tak co oglądać. Po pierwsze, nie za bardzo cokolwiek widać, po drugie, kto by sobie tym zawracał głowę, kiedy trzeba pędzić do mety? A to pędzenie nie jest bynajmniej takie bezmyślne. Każdy błędny ruch kosztuje cenne dziesiątki sekund. Co trzeba ulepszyć, żeby zejść poniżej 4 minut i 40 sekund na 400 metrów zmiennym?
— Poprawiłam nawroty, teraz chcę się skoncentrować na synchronizacji wszystkich elementów techniki — podkreśla Baranowska.
Rekordy świata wydają się wyśrubowane, ale polska pływaczka nie traktuje ich jak bariery nie do pokonania. To bardziej pytanie: kiedy? niż czy?
Na razie nie myśli więc o końcu kariery, lecz raczej o początku igrzysk.
— Dostać się do ośmioosobowego finału w Pekinie będzie piekielnie trudno, bo coraz lepsze są Azjatki, a do tego Australijki i Amerykanki — zaznacza Mirosław Drozd.
A pływacki świat idzie naprzód, ledwie kilkanaście dni temu Otylia Jędrzejczak straciła wyśrubowany rekord świata.
O takiej sytuacji Katarzyna Baranowska może na razie pomarzyć. Tak jak jeszcze niedawno marzyła o medalach mistrzostw Europy.
Kończy koktajl i idzie pakować się na wyjazd ze znajomymi, nad Bałtyk. Potem nie będzie już moczenia nóg. Ruszy treningowy kierat, z rzadka przerywany partyjkami bilardu, w klubie nieopodal pływalni. Od basenu i tak się nie ucieknie — do igrzysk zostało jeszcze z pięć tysięcy kilometrów do przepłynięcia. Będzie kiedy powtarzać materiał do sesji.
