Wieczorne spotkanie, a właściwie spięcie prezydenta Lecha Kaczyńskiego z premierem Donaldem Tuskiem — którego efektów w momencie zamykania tego wydania "PB" jeszcze nie znaliśmy — nie było ani pierwszym, ani ostatnim. Wszak wybory prezydenckie w Polsce dopiero w listopadzie 2010 r., a kampania będzie się intensyfikowała z każdym miesiącem. Wbrew pozorom — naprawdę nie było ono także specjalnie ważne dla Polski.
Dotychczas najważniejszymi spotkaniami obu polityków były ich debaty publiczne w wyborach prezydenckich 2005 oraz niemal intymny wieczór przy winie w 2007 r., który zaowocował — oczywiście za zgodą Jarosława Kaczyńskiego — samorozwiązaniem się Sejmu i przedterminowymi wyborami. Bo już kompromis osiągnięty na Helu w sprawie ratyfikacji traktatu z Lizbony pozostaje do dzisiaj pusty — strona rządowa nie przygotowała ustawy kompetencyjnej, wobec czego prezydent nie ma zamiaru składać końcowego podpisu pod traktatem.
Prestiżowy spór, kto będzie przewodniczył polskiej delegacji na standardowym szczycie Rady Europejskiej — ważnym, ale przecież nie jakimś przełomowym — rozpala prezydenta i premiera z powodów pozamerytorycznych. Skoro harmonijnie współpracowali na nadzwyczajnym szczycie 1 września, to przecież mogliby i na tym planowym. W tle cały czas przewija się wojna o prezydenturę 2010. Ustąpienie Lecha Kaczyńskiego w sprawie Brukseli byłoby sygnałem słabości i polityczną kapitulacją — nie do przyjęcia przede wszystkim dla jego brata Jarosława…
Jacek Zalewski