Akcje PZU nie utoną

MBL
opublikowano: 05-06-2013, 00:00

Od poniedziałku trwa przecena akcji ubezpieczeniowego giganta. Deszczowa pogoda nie zawiniła.

Największą bolączką dla branży ubezpieczeniowej są katastrofy naturalne. Powodzie, które od kilku dni nawiedzają Czechy i Niemcy, odciskają piętno na notowaniach największych europejskich ubezpieczycieli. Najlepiej widać to na wynikach reasekuratorów, którzy w największym stopniu pokryją szkody powodziowe. W poniedziałek kurs dwóch globalnych gigantów z tego segmentu: Munich Re i Hannover Re spadł o ponad 2,5 proc. Wczoraj straty odrabiano z trudem. Od poniedziałku trwa także przecena akcji największego polskiego ubezpieczyciela. W piątek akcje PZU kosztowały nawet 460 zł, a wczoraj nieco ponad 440 zł, czyli 4 proc. mniej. Według analityków, przecena nie jest spowodowana strachem inwestorów przed powodzią w Polsce. Uderzyłaby ona w wyniki całej branży ubezpieczeniowej, a w szczególności wyniki PZU, które ma ponad 30 proc. całego rynku.

— To, co się dzieje w Czechach, nie ma bezpośredniego wpływu na PZU, ale może być sygnałem ostrzegawczym. W ostatnich dniach pojawiają się informacje o lokalnych podtopieniach na terenie naszego kraju, dlatego akcjonariusze PZU powinni trzymać rękę na pulsie. Nikt nie wie, czy groźba powodzi pojawi się w Polsce — powiedział analityk UniCredit.

— Spadek notowań akcji PZU nie ma nic wspólnego z powodzią — nie ma wątpliwości Tomasz Bursa, analityk Ipopemy. Specjalista podkreśla, że powodów przeceny należy doszukiwać się albo w korekcie na rynku obligacji (PZU ma bardzo duży portfel tych papierów), albo też w zmianie zachowań rynku.

— Akcje PZU są już bardzo drogie. Możliwe, że cześć inwestorów dostrzega symptomy ożywienia gospodarczego i zaczyna stawiać na akcje banków — twierdzi analityk Ipopemy. Sam ubezpieczyciel nie chce komentować kursu swoich akcji. Michał Witkowski, rzecznik PZU, twierdzi, że intensywne opady deszczu na południu Polski nie spowodowały dużej ilość szkód powodziowych.

— Wzrost liczby zgłaszanych do nas szkód jest symboliczny — podkreśla rzecznik PZU. Ostatnia duża powódź — w 2010 r. — kosztowała PZU 550 mln zł, ale po reasekuracji kwota ta spadła do 240 mln zł.

— Dopóki nie pojawi się jakaś wielka klęska, nie może być mowy o panice. Szacujemy, że spółka w 2013 r. zarobi około 2,9 mld zł, czyli nawet w przypadku powtórzenia czarnego scenariusza końcowy wynik nie zostanie silnie obciążony — mówi Piotr Palenik z ING Securities. Z uwagi na niższy stopień penetracji rynku ubezpieczeniowego powodzie w Polsce nie są tak bolesne dla ubezpieczycieli, jak na Zachodzie. Według Swiss Re katastrofy naturalne w 2012 r. spowodowały szkody na łączną kwotę 186 mld USD, z czego 77 mld USD pokryła branża ubezpieczeniowa. W Polsce pokrycie jest znacznie niższe. Powódź w 2010 r. spowodowała straty w wysokości około 12 mld zł, a kosztowała ubezpieczycieli zaledwie 1,4 mld zł. [MGA, MBL]

Czeska presja na Synthosie

Akcje spółki kontrolowanej przez Michała Sołowowa należały wczoraj do najsłabszych w WIG20. Wszystko przez informację wstrzymaniu produkcji w czeskich fabrykach Synthosu. Nie są one zagrożone powodzią, ale istnieje ryzyko zalania zlokalizowanej nad Wełtawą stacji pomp — jest ona niezbędna do kontynuacji produkcji. Tomasz Kasowicz, analityk DM BZWBK radzi poczekać na rozwój sprawy. — Jeżeli przestój będzie trwał kilka dni, to wpływ na wyniki całej grupy będzie niewielki. Jeżeli jednak trwałby 3-4 tygodnie, to wtedy pojawi się spory problem. Czeskie spółki zależne odpowiadają za około połowę wyników całej grupy — powiedział analityk DM BZ WBK.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MBL

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy