Wyjazdy służbowe mają to do siebie, że się z nich wraca. Do domu. Tylko dlaczego trzeba się po drodze tylu głupot nasłuchać? I to za własne pieniądze. Aż się chce wyjść. Nie, nie z kina. Z taksówki.
Śledź w oleju
Co mnie podkusiło, jaki czort niemyty, siła piekielna, by w odpowiedzi na zaczepne pytania taksówkarza powiedzieć… prawdę. Nie dość, że mnie zwymyślał, to jeszcze prawił takie dyrdymały, że się choroby lokomocyjnej nabawiłem. Zdenerwował mnie tak, że pięciu następnym szoferom napiwku nie dam. Gbur jeden!
Jak można wygłaszać opinie o sushi, skoro jedyne „sushi”, jakiego się spróbowało, to śledź w oleju? Czy jak się uwielbia suchy chleb, to trzeba amatorów słodkiej bułki z błotem zmieszać?
Ale od początku.
Zaproszenie. Potwierdzenie. Samolot, kawa, samolot, „Welcome to Saloniki”. Potem: kluczyk, stacyjka, oj, oj, nie z tej stronty, stacyjka, jazda.
8 maja wszedł do sprzedaży nowy Porsche Cayenne. 13 maja poleciałem do Grecji sprawdzić, cóż to za jeden. Pojeździć i popatrzeć. Dlaczego w Grecji? Światło tam lepsze.
I jak? No, całkiem nieźle. Auto z jednej strony takie samo, z innej – całkiem nowe. Zamysł przy jego konstruowaniu musiał być taki: nie przekonanych – przekonać, zakochanych – nie zrazić. I chyba się udało.
Brzydkie kaczątko
Nie jest ładne, co jest ładne, tylko co się komu podoba. Cayenne w pierwszej odsłonie musiał się podobać, bo sprzedawał się jak szalony, choć Ferdynand Porsche kilka razy się w grobie obrócił na wieść o terenówce „jego” marki. W mojej ocenie na pierwszy rzut oka ten samochód był… ohydny. Na drugi rzut było jeszcze gorzej. Musiałem się nieźle nabiegać wzrokiem, by się w końcu przyzwyczaić. A dziś? Mam wrażenie, że Cayenne w pierwszej odsłonie było niczym brzydkie kaczątko, a teraz właśnie wyrosło w łabędzia.
Stoję zatem przed świeżutkim Cayenne II i mi się podoba. Choć nie do końca wiem, co bardziej: 21-calowe magnezowe felgi czy to, co dźwigają. Ważne, że nie muszę już biegać wzrokiem.
Fakty są takie. Trudno dziś sobie wyobrazić rynek bez SUV-ów. A SUV-y bez Cayenne. Stąd nowy model, stąd zaproszenie do Grecji.
Światło sprzyja. Patrzę zatem. Wizerunek opływowego, acz nieco ociężałego wizualnie auta gdzieś odpłynął. Stoi przede mną wielki, ale interesujący samochód. Choć bryła podobna, to jakby subtelniejsza, bardziej zwiewna. Reflektory otrzymały nowocześniejszą formę, tył – nowe lampy (Bogu dzięki!) i spory spoiler dachowy. Wygładzenie nadkoli i obniżenie dachu zaowocowało dodaniem sportowego sznytu do linii bocznej. Słowem, jest ładniej – oczywiście w mojej ocenie.
Ale rewolucja czeka w środku. Armagedon. Ale pozytywny. Po starym, nieco nijakim i przestarzałym wnętrzu nie ma śladu. Jest zupełnie jak… w Porsche. Otulająco, czytelnie i sportowo. Obrotomierz umieszczony centralnie – i to w każdej, nie tylko najmocniejszej, wersji. Stacyjka tradycyjnie „nie z tej strony”. Kierownica jak w 911, fotele, materiały, kolory – wszystko krzyczy: „Jestem Porsche!”.
Nowe Cayenne jest dłuższe od poprzednika o 48 mm. Jest też sporo lżejsze. Najsłabsza jest jednostka dieslowska. Z trzech litrów pojemności osiąga 240 KM i 550 Nm momentu obrotowego. Drugi w kolejności jest 3,6-litrowy motor benzynowy o mocy 300 KM. Cayenne S ma pod maską 4,8-litrowy silnik, którego moc wynosi 400 KM. Na szczycie stoi odmiana Turbo, która uzyskuje 500 KM. Porsche zaproponuje niebawem w Cayenne także hybrydę. W tym przypadku współpracować będą: 3-litrowy motor (333 KM) i jednostka elektryczna (47 KM). W sumie do dyspozycji kierowcy będzie około 380 KM i 580 Nm momentu obrotowego.
Według przedstawicieli marki wszystkie nowe Cayenne zużywają średnio ponad 20 proc. mniej paliwa. Mają to umożliwiać nowa 8-stopniowa automatyczna skrzynia biegów i poważna redukcja masy. Oszczędne 500 KM? Brzmi jak... dobre risotto w Grecji. Zobaczymy.
Mniejsza o spalanie. Pojeździłem wszystkimi modelami, wyłączając dwie najsłabsze wersje. Wnioski? Przedstawiłem w taksówce.
Gbur spod koguta
No co mnie podkusiło? Pan zapytał, ja opowiedziałem. Że prowadzi się jak auto szosowe dzięki dobremu, regulowanemu zawieszeniu, że ma przyzwoite właściwości terenowe, że jest wygodny, piekielnie szybki i luksusowy. Że układ kierowniczy perfekcyjny, a hamulce – szczególnie w wersji turbo – powinny być wzorem hamowania, do którego by odnoszono wyniki innych pojazdów. Że żal było wysiadać. Dodałem coś o niesprawiedliwości społecznej, że życie jest dla bogatych etc. A co w zamian?
Szofer skrzywił się, jakby połknął cytrynę. I rzekł: „Panie, to dziadostwo, jeżdżący kompromis, bo przecież i na asfalcie, i poza nim są od niego lepsi! Auto dla ważniaków, bo taki widoczne i wyraziste.” Że to auto na miarę kompleksów. Że Porsche to nigdy aut nie robiło tylko „burakowozy”. Że on nigdy by do czegoś takiego nie wsiadł, że Opel GT bije na głowę 911 (co one mają wspólnego z Cayenne – nie wyjaśnił), że Porsche to dla leszczy, awaryjny jak żaden inny i tylko „prostakom się podoba”, a tak w ogóle to po co są takie auta za kilkaset tysięcy, jak można taniej i lepiej, np. Oplem Omegą. Tak mi powiedział.
- Jeśli tak, to po co są taksówki, skoro można taniej autobusem? –odparłem.
Rozsierdziłem taksówkarza na dobre. Usłyszałem coś o swoich kompetencjach, wiedzy i jedynej motoryzacyjnej prawdzie: tylko Opel. Podziękowałem, zapłaciłem, wysiadłem.
Mocno przemyślane
Wracając do Cayenne. Nie wbrew taksówkarskim racjom (choć kłótnia dała mi do myślenia), ale na podstawie doświadczenia z jazdy kilkuset samochodami twierdzę z pełną odpowiedzialnością, że nowe Cayenne to bardzo dobry samochód. Może nawet najlepszy, jakim dotąd jeździłem. I to nie tylko wśród SUV-ów. Twierdzę też, że ocenianie technicznych walorów auta przez pryzmat tych, którym się ono podoba, jest bez sensu. A także, że przed nowym Cayenne przyszłość świetlista jak greckie słońce.
A że nie wszystkich stać na takie auto, że nie nadaje się na warszawską taryfę? Cóż, może i lepiej pozostać w przekonaniu, że najlepsze jest to, co mam, a podziw zamienić w chorobliwą nienawiść.
I jeszcze słowo o hybrydzie Porsche, dążeniu marki do oszczędzania paliwa i o wyniku tego dążenia. Poszukiwanie oszczędnego Porsche to jak wycieczka do Grecji po to, by zajadać się risotto. Niby można, ale ani to miejsce, ani czas. Risotto lepsze jest we Włoszech. A oszczędzać paliwo można, przerabiając Omegę na gaz.



