Jakie były taryfy w taksówkach w pana nowojorskich początkach?
Średnio? Jakieś 3,50 dolara za kurs.
A przecież wtedy, na przełomie lat 80. i 90., owszem, miał pan jeździć do „Niu Jorku” ale jako szycha, ambasador. I klapa?
Nie, to był mój świadomy wybór. Pochodzę z Olsztyna, na studia trafiłem do Warszawy na SGPiS. To był handel zagraniczny, rodzice chcieli, żebym zrobił karierę w dyplomacji. Wydział był w 1985 roku bardzo fajny. Z jednej strony czerwone pająki, z drugiej strony mocny NZS. No i ekonomia socjalizmu, ale też kapitalizm i marketing. Wykładali Leszek Balcerowicz i Dariusz Rosati, koledzy ze studiów to dziś czołówka menedżerska w Polsce… Więc zamiast na ambasadora chciałem się wkręcić w struktury Centrali Handlu Zagranicznego.
Podróżować z dewizami w kieszeni, czerpać z życia garściami…
…i smażyć jajecznicę na żelazku.
?
Z wierzchu Centrala wyglądała fajnie, ale od środka ten cały bajer był zbudowany na kombinowaniu. Dostawało się bodajże 14 dolarów dziennie diety, a średnie miesięczne zarobki w kraju to było 15-20 dolarów. Więc na obczyźnie walizki pachniały kabanosami i żelazka służyły za patelnie, byleby z diety zaoszczędzić. A ja wcześniej liznąłem Zachodu, pół Norwegii zjechałem, zbierając truskawki i malując domy, i stwierdziłem, że co do Centrali to pierniczę takie życie.
I władza nie miała nic przeciwko?
Władzę wziąłem podstępem. To była końcówka lat 80., jeszcze nie do końca wiadomo było, w którą stronę Polska pójdzie. Zrobiliśmy studencką wyprawę naukowo-turystyczną. Spreparowaliśmy pod wyjazd superpapiery, potem bodajże z 10 innych grup na nasz patent pojechało. Mieliśmy trzy miesiące rozpisane dzień po dniu, godzina za godziną, wszystko mocno uzasadnione. Jechaliśmy porównać trzy systemy ekonomiczne: na Kubie, w Kanadzie i Stanach.
I dali wizy bez szemrania?
Dali, bo zachowaliśmy się elegancko, najpierw występując o możliwość wyjazdu na Kubę. Potem poszło gładko.
Limuzyna podjechała pod drzwi lotniska JFK.
Każdy miał plecak, kilka stów w kieszeni i otwarte oczy. Znajoma znajomych zgodziła się nas przenocować. Na jedną noc.
Szybka aklimatyzacja.
Dość. Wynajęliśmy sobie w kilku mieszkanie i rozpoczęliśmy właściwą aklimatyzację, łażenie po Manhattanie w lewo i w prawo, żeby to wszystko poznać. No i piwo w puszce kupiliśmy od razu, kilka kartonów. To była nie lada atrakcja.
Długo pan tak łaził?
Robota szybko się znalazła. Plan miałem prosty: pracować i uczyć się. A więc się załapałem na nowojorski college i zostałem zawodowym operatorem windy. Jeździłem też żółtą taksówką, budowałem chałupy, kelnerowałem w dobrych włoskich knajpach. Odbierałem lekcję życia i zwiedzałem Stany. A w tym samym czasie kończyłem kierunek zarządzanie w biznesie w Baruch College i zaczynałem studia MBA.
Dość nietypowa ścieżka jak na Polaka w Wielkim Jabłku.
Tam były i są bardzo mieszane środowiska. Poznałem wielu ludzi, dla których całym światem było te kilka kilometrów kwadratowych: tam gdzie jest kościół, robota, spanie, jedzenie i monopolowy. Z Greenpointu widać przecież bloki Manhattanu po drugiej stronie rzeki. I ci ludzie sobie opowiadali: „O tak, jak przyjedzie kuzyn z Polski, to pokażemy mu Manhattan, zobaczymy, co tam będzie…”. I nigdy tam nie jechali, tkwili w zawieszeniu.
Nie chcieli z dolarami wracać do Polski?
Każdy mówił, że przyjechał na chwilę i wraca na święta, złapie parę „tysi dolków” i tyle go widzieli. Ale Polska już wystrzeliła i okazywało się, że wrócenie z 10 tys. dolarów to wstyd. Bo co on za to zrobi — trabanta kupi z silnikiem polo? I tak się przeciągali, aż to życie w zawieszeniu ich dopadało na całego: wyjechali z Polski i nigdy na dobre nie wjechali do USA.
Za to pan wjechał na całego, do amerykańskiego oddziału „Super Expressu”. W windzie pana wyhaczyli?
Jeszcze podczas studiów w Polsce byłem szefem kultury w akademiku, organizowałem klub, robiliśmy ciekawe rzeczy, np. pierwsze pokazy wideo. Przyjeżdżał poważny pan, stawiał sprzęt w rogu sali, na widowni 60 osób, które wcześniej zapłaciły za bilety. Królowały niemieckie kopie hitów: „Rocky”, „Komando”, „Ściana” z polską wersją językową z rosyjskim zaśpiewem. Do tego Przemek Saleta na bramce i pogrywający w klubie Marek Sierocki. Bajka. Dlatego w Stanach szybko zahaczyłem się w prasie polonijnej, najpierw obrabiałem głównie tematy okołokulturalne.
Tata pewnie zgrzytał zębami.
Nie chciałem ambasadorować, marzyłem o dziennikarskiej robocie. Pracowałem w tym fachu w dobrych latach dla branży, jako „Superak” byliśmy jednym z dwóch mediów polonijnych w Nowym Jorku, każdy chciał się u nas pokazać. A więc rozmawiałem z najważniejszymi ludźmi przebywającymi akurat w mieście. Korzystałem też z tego, że Amerykanie są bardzo otwarci, lubią opowiadać o swoim sukcesie, o słusznej drodze, jaką obrali.
A zamiast Salety na bramce miał pan Gołotę na ringu.
Po walce Gołota — Bowe w sierpniu 1996 r. miałem jedynkę w „Super Expressie”. 980 tysięcy nakładu i wybite na pierwszej stronie: „Nasz reporter widział to na własne oczy!”.
„To”, czyli dyskwalifikację Gołoty i zadymę w Madison Square Garden. Oberwał pan?
Byłem pod samym ringiem i obserwowałem tłum ludzi, zachowujących się jak małe dzieci. Obok siedział zakrwawiony biały facet, którego wściekle okładała torebką Portorykanka. No i miałem dylemat: komu pomagać? A może robić zdjęcia, bo to moja robota w końcu? Na okładkę „Superaka” dałem tytuł: „Przegrał, bo wygrywał”.
Wkrótce sam pan przegrał z logiką tabloidu.
Z założenia to był powrót do czasów „Expressu Wieczornego” — staraliśmy się łatwym językiem opisywać trudne rzeczy. Nie rozumiałem, czemu moi rodzice nie są zachwyceni pracą syna. Zrozumiałem ich lepiej, kiedy wróciłem do Polski. W Stanach to był inny tytuł niż w Polsce, ale i tak nie mogłem się dłużej godzić na podkręcanie, przekręcanie wypowiedzi, tytułów, wykrzywianie moich słów w poszukiwaniu większej sensacji. Zarabiałem dobrze, ale wyszedłem z redakcji. Trafiłem na Broadway.
A w konsekwencji do Polski.
Kończyłem MBA i szukali kogoś z orientacją na kulturę, ekonomię do handlu licencjami telewizyjnymi. Zająłem się sprzedażą praw New Films International do Europy Wschodniej, raz na miesiąc do Polski jeździłem, wchodziłem w branżę filmową.
Jakie hity nam pan wtedy przywiózł?
To były filmy klasy D. Tak zwane „movies of the week”, kilka tysięcy rocznie się ich kręciło w Stanach, bo znakomicie wchodziły w ramówkę TV w tygodniu. Proste, łatwe, klasyczne. Zaczęły się wyjazdy do Cannes, wspinanie po szczebelkach wraz ze wzrostem znaczenia Europy Wschodniej. Aż trafiła nam się, już jako SPI, umowa z Miramax.
No to już miał pan hity.
Miramax był akurat na fali, otworzyłem biuro w Polsce, weszliśmy do kin. „Chicago”, „Frida”, „Krzyk 3”, „Straszny film”, „Godziny” i w efekcie szybko zdobyliśmy 10 proc. rynku kinowego nad Wisłą. Potem weszliśmy w DVD i w koprodukcje filmowe, m.in. „Symetria”, „Wesele”, „Dom zły” czy niedawno „Zabić bobra” Kolskiego albo „Rzeź” Polańskiego. Siedzimy teraz w naszym bodajże siódmym biurze. Zaczynaliśmy od 100 metrów kwadratowych. Teraz mamy 2,5 tysiąca. Jesteśmy już graczem nie tylko na rynku praw do filmów, ale i poważnym nadawcą.
A jeszcze ma pan czas, żeby na boku coś kręcić.
Wytwórnia Pozytywna i SPInka Film Studio to moje malutkie zabawki, gdzie pomagam produkować filmy naznaczone absurdalnym polskim humorem. Fani „Wściekłych pięści węża” czy serialu „Koń Rafał” są w całej Polsce, ostatnio Tomasz Bagiński mówił mi, że nie ma lepszego odmóżdżacza niż „Koń Rafał”. Polska publika coraz bardziej akceptuje to nieco inne poczucie humoru, które krzewię. Wierzę, że za 2-3 lata zobaczymy kinową wersję „Wściekłych pięści węża”. Może nawet dadzą mi tam zagrać epizod?
Piotr Reisch
47-latek, od 2007 r. prezes Kino Polska TV,
nadawcy telewizyjnego, dystrybutora i producenta filmowego. Od ponad 15
lat jest związany z branżą filmową. Absolwent Baruch College w Nowym
Jorku, w 1995 r. uzyskał tytuł MBA na nowojorskim City University.
Prywatnie inwestuje w niezależne kino podlane absurdalnym humorem.
Przymierza się do kupna stadniny koni.
