Amerykański PKB dużo powyżej prognoz

Ignacy MorawskiIgnacy Morawski
opublikowano: 2024-01-25 20:00

Największej gospodarce świata udało się w 2023 r. pogodzić ogień z wodą: znacząco podnieść PKB, w tym popyt konsumpcyjny, a jednocześnie znacząco obniżyć inflację. Bank centralny nie spodziewał się takiej kombinacji zjawisk ekonomicznych. Wyjaśnieniem niespodzianki może być to, że na gospodarkę wpływały mocniej zaburzenia podażowe niż popytowe.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

W czwartek poznaliśmy wstępne dane o PKB Stanów Zjednoczonych za czwarty kwartał. Zaskoczenie było bardzo pozytywne. Wzrost wyniósł 3,1 proc. (licząc rok do roku), więcej niż oczekiwania i znacząco więcej niż długookresowy trend wynoszący ok. 2 proc. Te dane warto zestawić z projekcją Fedu sprzed 12 miesięcy, czyli z grudnia 2022 r. Wskazywała ona, że wzrost gospodarczy zmniejszy się do czwartego kwartału do zaledwie 0,5 proc. Gospodarka zachowała się zatem zupełnie odmiennie od przewidywań, miała zwalniać, a przyspieszyła.

Analogicznie dużo lepsza od prognoz była też w minionych kwartałach sytuacja na amerykańskim rynku pracy. Stopa bezrobocia w czwartym kwartale wyniosła 3,7 proc., podczas gdy rok wcześniej Fed przewidywał, że wzrośnie do 4,6 proc.

A jednocześnie wyraźnie niższa od oczekiwań jest inflacja. Wprawdzie nie mamy jeszcze danych za grudzień (chodzi o inflację PCE, która jest liczona nieco inaczej niż inflacja CPI), ale wiele wskazuje, że najważniejszy wskaźnik inflacji bazowej wyniósł w czwartym kwartale 3,2 proc. Dla porównania, projekcje Fedu z grudnia 2022 r. wskazywały na inflację w wysokości 3,5 proc. w czwartym kwartale 2023.

Mamy zatem do czynienia z sytuacją, w której wzrost gospodarczy jest dużo wyższy od prognoz, a inflacja wyraźnie niższa. Czy to paradoks? Niekoniecznie. Inflacja i PKB poruszają się w odmiennych kierunkach w sytuacjach, kiedy na gospodarkę oddziałują wstrząsy podażowe, czyli takie, które ograniczają lub podnoszą zdolności wytwórcze. Odróżnia się je od wstrząsów popytowych, które wpływają na skłonność firm i konsumentów do zakupów i w czasie których inflacja i PKB poruszają się w tym samym kierunku.

Zachowanie amerykańskiej gospodarki jest argumentem w rękach tych ekonomistów, którzy uważają, że wysoka inflacja z lat 2021-22 była głównie efektem zaburzeń podażowych, a nie popytowych. To by oznaczało, że potężna stymulacja fiskalna i monetarna z 2021 r. nie musiała być najważniejszym czynnikiem napędzającym wzrost cen, ważniejszą rolę odgrywały duże wahania w strukturze popytu prowadzące do zaburzeń w produkcji. Popyt przesuwał się między towarami i usługami w nienaturalnie silny sposób, co uniemożliwiało firmom realizację zamówień, a jednocześnie pozwalało im na nadzwyczajne podwyżki cen.

Dyskusja nad źródłami fali inflacji nie jest jednak w pełni zamknięta. Obóz popytowy nie stracił wszystkich kart. Na przykład głośna analiza Bena Bernanke i Oliviera Blancharda z czerwca 2023 r. wskazywała, że elementy popytowe mogą być odpowiedzialne za niecały 1 pkt proc. dodatkowej inflacji ponad cel inflacyjny i że ten element będzie trudno wyeliminować bez kosztów w postaci niższego wzrostu PKB i wyższego bezrobocia. Ten niecały punkt procentowy nadmiernej inflacji popytowej nazywa się też czasami „ostatnią milą”, która ma być trudniejsza do pokonania niż wcześniejsze kroki w redukcji inflacji. Na ten moment bardzo trudno jest ocenić, czy taki problem „ostatniej mili” rzeczywiście występuje czy nie. Na rozstrzygnięcie przyjdzie poczekać jeszcze kilka kwartałów.

A może to rozstrzygnięcie nigdy nie nadejdzie. Przypomnę, że nad źródłami fali inflacji w latach 70. dyskusje trwały przez kilkadziesiąt lat. I chyba do dziś nie ma co do tego konsensusu.