Bałtyk kurczy się dla rodzimych rybaków

Januszewski Radosław
04-02-1999, 00:00

BAŁTYK KURCZY SIĘ DLA RODZIMYCH RYBAKÓW

Zdaniem niektórych rybaków, kredyty preferencyjne trafiają do tych przetwórców, którzy nie kupują ryb w polskich portach

Polska flota rybacka jest przestarzała i nie wytrzymuje konkurencji z kutrami z innych państw

ZA DUŻO I ZA MAŁO: Mamy albo za dużą flotę, albo za małe limity. Nikt nie zadał sobie pytania, czy przy tych limitach można utrzymać taką flotę — uważa Maciej Dlouhy, właściciel kutra, rybak i prezes Krajowej Izby Rybackiej. fot. Borys Skrzyński

Polskie rybołówstwo bałtyckie i związany z nim przemysł przetwórczy poniosły poważne straty w związku z zamknięciem w ubiegłym roku rynków wschodnich. Rybacy narzekają też na niewłaściwy — ich zdaniem — system podatkowy, kwoty połowowe i nieszczelności w systemie kredytów preferencyjnych dla rybołówstwa.

Na Bałtyku łowi ryby prawie półtora tysiąca polskich jednostek — nieco ponad tysiąc łodzi i ponad 400 kutrów rybackich (różnica polega na rozmiarach statku — kutry mają powyżej 15 m długości). Flota może i dość pokaźna, ale słaba.

— Nasze kutry są słabe technicznie, mają za słabe silniki, by trałować przy złych warunkach pogodowych — mówi Maciej Dlouhy, prezes Krajowej Izby Rybackiej, rybak i właściciel kutra.

Maciej Dlouhy podaje słabe wyniki polskich rybaków na wodach Szwecji i Norwegii: z przysługującej im w 1998 roku kwoty połowowej czterech tysięcy ton śledzia, byli w stanie odłowić zaledwie jedną czwartą. Konkurencyjne flotylle zachodnie, ku irytacji polskich rybaków, penetrowały polską strefę połowową od 1994 r. do roku ubiegłego.

— Wpuszczono nam obcych i oni spustoszyli polską strefę połowową — narzekają rybacy.

Dokonywali oni ponoć połowów paszowych ryb na mączkę rybną. Tymczasem polscy rybacy, odkąd w Polsce zamknięto mączkarnie, łowią tylko ryby konsumpcyjne. Zdaniem kapitana Krzysztofa Pospolickiego, współwłaściciela firmy Rybak (w jej skład wchodzi 20 właścicieli jednego-dwóch kutrów), Ministerstwo Transportu i Gospodarki Morskiej udostępniło część tej kwoty firmom „walizkowym”, które z kolei odsprzedawały je Duńczykom, łowiącym na polskich wodach w sposób niekontrolowany, bez inspektorów na pokładzie i do tego, statkami większymi od polskich. Rzecz w tym, że i polskie kutry rzadko (o ile w ogóle) miewają na pokładach inspektorów, a nadzór, czy nie przekraczają dozwolonych kwot (gdy chodzi o tzw. ryby białe np. łososie, liczone na sztuki), jest wielce problematyczny. Proza życia: inspektorów płatnych z budżetu, mieszkających nieraz w tych samych portowych miasteczkach co rybacy, jest trzydziestu kilku, a kutrów czterysta (dla porównania — w Szwecji jest ich dwa tysiące).

Trudne szproty

Spośród ryb pelagicznych, pływających stadami, na rynkach wschodnich szczególnym powodzeniem cieszył się szprot. Ubiegłoroczny kryzys rosyjski sprawił, że eksport praktycznie się skończył.

— W związku z brakiem popytu ceny skupu spadły do granic opłacalności połowowej — twierdzi Ryszard Klimczak, współudziałowiec Maszoperii Kołobrzeskiej i prezes Stowarzyszenia Armatorów Rybackich, do którego należą właściciele kutrów.

Przed kryzysem łowiono około 60 tys. ton śledzi i szprotów, obecnie — o połowę mniej. Spadek w większym stopniu dotknął połowu szprotów. Zdaniem Ryszarda Klimczaka, w związku z brakiem popytu ceny skupu spadły do granic opłacalności połowowej. Za kilogram szprota w 1997 r. płacono 0,70 zł, w końcu 1998 i w bieżącym roku — od 0,27 do 0,45 zł. Są już pierwsze upadłości. Szczególnie zagrożeni są właściciele mniejszych kutrów, o słabszych i wyeksploatowanych silnikach. Trudno im dogonić śledzie.

Dostało się również większym firmom. Korab eksportował na Wschód duże ilości szprota mrożonego.

— To się skończyło. Z tego właśnie powodu obroty spadły nam o 50 proc. — smuci się prezes Stanisław Kwintkiewicz.

Ceny na te ryby spadły, ale nie ma kłopotów ze zbytem. Przetwórca kupuje wszystko, co kutry zwiozą do portu. Spłata kredytu kupieckiego wynosi nie więcej niż 14 dni (przeciętna polska norma wynosi ponad 40 dni). Tymczasem hipermarkety, do których przetwórca wstawia towar, narzucają termin sześćdziesięciodniowy i na dodatek domagają się jeszcze upustów. Kłopot dla przetwórcy polega również na tym, że obróbka polskich śledzi jest o 30 proc. bardziej pracochłonna, bo są one mniejsze od śledzi norweskich. Korab jest w trakcie bankowego postępowania ugodowego, ale nawet firmy, które nie mają bieżących kłopotów odczuły negatywny wpływ rosyjskiego krachu.

Espersen Polska, oddział duńskiej firmy, skupuje blisko 45-50 proc. poławianych przez naszych rybaków dorszy. Ponad 95 proc. z tego eksportuje na Zachód.

— Ale 17 sierpnia 1998 r. zatrzymał się całkowicie eksport na Wschód, gdzie dostarczaliśmy nasze przetwory — ciasteczka, paluszki rybne — mówi prezes Klaus Nielsen.

Pranie ryby

Kwoty połowowe ustalane, w porozumieniu, przez władze państw bałtyckich, jeśli chodzi o śledzie i szproty, nie są przez Polaków wykorzystywane.Winien jest mniejszy popyt, jak i ubogie łowiska

— Nie można mówić, że to Duńczycy zaszkodzili — twierdzi Daniel Dutkiewicz, dyrektor Morskiego Instytutu Rybackiego.

Dodaje, że przegoniono ich, bo tak chcieli polscy rybacy. Inaczej jest z połowem dorszy i łososi.

— Rybak ma nałożony kaganiec limitowy, nie może przez to inwestować — mówi Maciej Dlouhy.

Nasz rozmówca łowi dorsza i łososia. Limit łososia przyznany Polsce wynosi nieco ponad 25 tysięcy sztuk, a dorsza ponad 26 tys. ton.) Będąc właścicielem nowoczesnego, stalowego kutra ma prawo złowić 547 sztuk łososia. Twierdzi, że są rybacy, którym przyznano licencje na kilka sztuk, a są wśród nich tacy, którzy specjalizują się tylko w połowie łososi.

— To robota ekologów — sierdzą się rybacy i dodają, że przecież co rok zarybia się 500 tys. sztuk. Maciej Dlouhy zarzeka się, że nielegalny połów łososia polskim rybakom się nie zdarza. Tymczasem w styczniu straże graniczne po wejściu na pokład kutra znalazły około 300 sztuk łososia nie wpisanego do dziennika pokładowego. Niektórzy właściciele przetwórni twierdzą, że łososia i dorsza łowi się nawet kilka razy więcej niż pozwala na to przepis. Nie sposób jednak stwierdzić, jakie to ilości.

Kredyt kontrolowany

Zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów, krajowe firmy prowadzące skup i przechowywanie ryb morskich złowionych lub skupionych przez krajowych rybaków i przedsiębiorców otrzymują kredyty preferencyjne, dotowane z budżetu państwa. Za kredyt komercyjny płaci się 21-22 proc., za preferencyjny tylko około 14 proc. Według Piotra Puchalskiego, rzecznika prasowego Pomorskiego Banku Kredytowego w Szczecinie (obecnie grupa Pekao SA), takie kredyty udzielane były tylko wielkim przedsiębiorstwom. Duże firmy wywodzące się z Zachodu, działające na terenie Polski, chętniej korzystają z kredytów udzielanych w ich rodzimych bankach, np. Espersen Polska korzysta tylko z komercyjnych kredytów duńskich banków. Klaus Nielsen twierdzi, że to bardziej się opłaca, bo stopa w Danii jest korzystniejsza, a polski złoty wzmocnił się wobec duńskiej waluty. Pomorski Bank Kredytowy, który bardzo intensywnie rozdzielał kredyty preferencyjne, nie miał wśród chętnych na tę usługę silnych firm o kapitale zagranicznym, takich jak Euroodra należąca do Norwegów.

Podejrzenia

Rybacy przeświadczeni są, że ktoś naciąga budżet. Według Ryszarda Klimczaka, kredyt skupowy został w większości przypadków przeznaczony na import śledzi z Norwegii i Islandii. Bankowcy są innego zdania.

— Nasze oddziały terenowe przeglądały dokumentację, a biznesmen musiał udowodnić, gdzie kupił ryby. W naszym banku raczej takich przypadków nie było — twierdzi Piotr Puchalski z Pomorskiego Banku Kredytowego, którego działalność kredytowa obejmowała przede wszystkim część Wybrzeża.

Tymczasem, zdaniem kapitana Krzysztofa Pospolickiego, kredyty te trafiły do firm ze Śląska. Miały one sprowadzać ryby nie tylko z krajów bałtyckich, ale również z Irlandii i Szkocji. Padały też nazwy konkretnych firm, które miały się trudnić takim procederem.

— To pomówienia. Słyszałam to wielokrotnie od rybaków — twierdzi Lidia Kacalska—Bieńkowska, naczelnik z Departamentu Rybołówstwa Ministerstwa Transportu i Gospodarki Morskiej.

Dodaje jednak, że nie może wykluczyć takich przypadków. Prawdziwym problemem jest brak środków na dopłaty do kredytów. O ile w 1997 r. było 7 mln, o tyle w ubiegłym — zaledwie 3,5 mln. zł. A tymczasem rośnie całkiem legalny import ryb z Norwegii. Słaba polska flota rybacka może nie wytrzymać konkurencji.

EKSPORT Z WKŁADEM: Na Zachodzie eksport ryb jest dotowany. Norwegowie, na przełomie lat 1997 i 1998, przeznaczyli 50 mln USD na promocję swoich ryb na rynkach Polski i Rosji. Według polskich rybaków, zostały one jednak wyłącznie w naszym kraju. fot. Borys Skrzyński

RYBAK Z OSŁONĄ:

Rybakom potrzebny jest system osłon socjalnych, który — podobnie jak w krajach UE — pozwoliłby słabszym ekonomicznie zmienić zawód. Jest szansa, że dostaniemy na to środki unijne, ale połowę musimy wydać z własnego budżetu — mówi Lidia Kacalska-Bieńkowska, naczelnik z Departamentu Rybołówstwa Ministerstwa Transportu i Gospodarki Morskiej.

fot. Borys Skrzyński

Radosław Januszewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Januszewski Radosław

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Bałtyk kurczy się dla rodzimych rybaków