Bessa zżarła 220 mld zł

Andrzej Stec
opublikowano: 09-07-2008, 00:00

Przez rok wyparowała jedna piąta krajowego PKB. Odczuje to cała gospodarka i minister finansów

Nasza kapitalizacja to już 580 mld zł — cieszył się rok temu Ludwik Sobolewski, gospodarz warszawskiej giełdy. Teraz trudno o optymizm. Przez rok światowa bessa ograbiła parkiet z 220 mld zł. To jedna piąta PKB. Wartość rynkowa krajowych spółek stopniała do 364 mld zł. Pod tym względem GPW cofnęła się do 2006. A byłoby jeszcze gorzej, gdyby nie liczne w tym czasie debiuty, w tym na przykład dewelopera LC Corp, Cyfrowego Polsatu czy Zakładów Azotowych Tarnów.

Wszystko przez Amerykę, w której zatrząsł się cały rozpasany rynek finansowy. W lipcu ubiegłego roku pękła bańka cenowa na tamtejszym rynku nieruchomości. To pociągnęło za sobą w dół wyceny różnego typu aktywów opartych na cenach nieruchomości. Instytucje finansowe zaczęły jak nigdy szanować gotówkę. Skutki tej zapaści widać do dzisiaj i na całym świecie. Na tym nie koniec problemów. W ostatnich miesiącach do niebotycznych rozmiarów rozrosła się bańka cenowa na rynku ropy naftowej. To z kolei winduje na całym świecie inflację, co wymusza na bankach centralnych podwyżki stóp procentowych i podraża koszt kredytów.

Nad Wisłą bessę odczuli w kieszeniach zwłaszcza inwestorzy indywidualni. Z portfeli około 300 tys. osób, które inwestują na własną rękę, wyparowało przez rok 70 mld zł. Wśród nich są tuzy parkietu. Aktywa Leszka Czarneckiego i Michała Sołowowa zmniejszyły się po blisko 5 mld zł, a Romana Karkosika — o 3,4 mld zł. Kolejne 40 mld zł zniknęło z rachunków trzech milionów klientów funduszy inwestycyjnych. Stratni są też przyszli emeryci z funduszy emerytalnych (ich straty wynoszą 40 mld zł) i inwestorzy zagraniczni, którzy jednak straty rekompensują sobie mocnym złotym (przypada na nich pozostałe 50 mld zł).

Ktoś powie: przecież to tylko straty papierowe.

To nie do końca prawda. Odczuje to zapewne polska gospodarka. Pytanie tylko, w jakim stopniu. Oszczędzający, którzy codziennie śledzą tabele z notowaniami i wycenami TFI, są i czują się biedniejsi. Wielu z nich zrealizowało straty i na lata rozstało się z parkietem. To przełoży się na skłonność Polaków do wydawania pieniędzy na zwykłą codzienną konsumpcję, sprzęt RTV, auta czy chociażby nieruchomości. W lepszej sytuacji są klienci OFE. Większość z nich przejdzie na emeryturę dopiero za kilkanaście lat. Jest więc czas, aby odrobić straty.

Ale bessa daje się we znaki nie tylko inwestorom. Problemy mają emitenci. Zdobycie kapitału na parkiecie graniczy obecnie z cudem. Przedsiębiorcy muszą szukać pieniędzy na rozwój w bankach, które ostatnio zaostrzają politykę kredytową. To może ograniczyć inwestycje, które odpowiadają za jedną czwartą krajowego wzrostu gospodarczego.

A jeszcze rok temu było tak dobrze. W 2007 r. 81 spółek znalazło w kieszeniach inwestorów około 5 mld zł (nie uwzględniając austriackiego Emmoeastu). Po pierwszym półroczu tego roku 23 emitentów zdobyło z emisji akcji tylko 1,3 mld zł. Wiele spółek odłożyło debiut na lepsze czasy.

Wśród poszkodowanych jest też polski rząd z ministrem finansów na czele. Po latach ruszyła w końcu prywatyzacja przez giełdę. Plan na kolejne miesiące jest ambitny (m.in. energetyczna Enea, giełda). Tymczasem niższe wyceny giełdowe zmniejszą zapewne wpływy ze sprzedaży akcji, które trafią do budżetu oraz państwowych spółek. Po drugie — ewentualny wolniejszy wzrost gospodarczy to mniejsze wpływy z różnych podatków. Minister finansów powinien raczej zapomnieć o liczonym w miliardach podatku od dochodów kapitałowych. Wielu inwestorów dzięki bessie zbudowało sobie na lata sporą tarczę podatkową.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Andrzej Stec

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu