Bez właściciela

opublikowano: 25-10-2018, 22:00

Amerykanie są do niego przyzwyczajeni, Europejczycy — mniej. Ale i jednym, i drugim trudno go okiełznać. Bryka. Wszak nie ma właściciela — nawet jeśli ów widnieje na fakturze.

Ma coś z kota, nic z psa. Oczywiście — jako dumny imiennik, spadkobierca „mesteno”, ma też coś z bestii, która tylko czasem pamięta, że kiedyś była udomowiona. I ma tego wszystkiego znacznie więcej niż mechanicznych koni, litrów pojemności czy cylindrów. To jeżdżący charakter.

Przyspieszenie. Galop (czyli 100 km/h) ze startu zatrzymanego mustang osiąga w 4,3s. W zamian oczekuje siana. Około 18 l na 100 km.
Zobacz więcej

Przyspieszenie. Galop (czyli 100 km/h) ze startu zatrzymanego mustang osiąga w 4,3s. W zamian oczekuje siana. Około 18 l na 100 km. FOT. MATERIAŁY PRASOWE

Skopać tyłki

Ford Mustang jest legendą. Z własną ikoną w świątyni muscle carów. Ale czym tak właściwie jest muscle car? Najczęściej pada odpowiedź: na przykład Ford Mustang albo Dodge Charger. Ci, którzy bardziej interesują się tematem, dorzucą pewnie jeszcze kilka przykładów, chociażby Pontiac GTO czy Plymouth Barracuda. Jest jednak definicja, a nawet kilka. Jedna mówi, że muscle car to dwudrzwiowe auto produkcji amerykańskiej, z dużym silnikiem V8, napędem na tylną oś i — co istotne — przystępne cenowo. Nadające się zarówno do codziennej jazdy, jak i do okazjonalnego wypadu z kumplami, by „kick some asses” na torze. Najczęściej chodzi o tor do wyścigów na jedną czwartą mili, w związku z czym mocną stroną muscle carów był sprint, słabą — zakręty. Tak było za wielką wodą.

Na co dzień — do szkoły/pracy/sklepu, a od święta — „kopać tyłki” od świateł do świateł (czego nie pochwalamy), lub na torach — co i owszem. W Europie? Znacznie bardziej ceniono w autach sportowych precyzję prowadzenia, twierdząc, że dla szybkich samochodów są długie proste, a dla szybkich kierowców — zakręty. Być może to jeden (obok braku długich prostych) z powodów, dla których tego typu samochody w Europie rzadko pojawiały się w oficjalnej sprzedaży. A niewielkie serie nowych lub zabytkowych przedstawicieli tego gatunku były traktowane jako ekskluzywna ciekawostka dla zamożniejszej części motospołeczeństwa. Tymczasem Ford, wprowadzając aktualną generację, postanowił to zmienić, sprytnie wykorzystując europejskie postrzeganie tego typu samochodów.

Dwojakie rozpoznanie

Ford Mustang to jeden z najtańszych samochodów sportowych na amerykańskim rynku — w USA jest niezwykle popularny i nie wywołuje wielkich emocji. Natomiast w Europie dla wielu osób jest samochodem marzeń i spełnieniem motoryzacyjnej odmiany amerykańskiego snu. Tam traktowany jako auto na co dzień, u nas raczej dla podkreślenia motoupodobań. Owo rozdwojenie rozpoznania modelu sprytnie wykorzystuje Ford. Jak? O tym za chwilę. Zacznijmy od tego, że obecna (szósta) generacja amerykańskiej legendy była pierwszą, którą (w 2015 r.) wprowadzono do oficjalnej sprzedaży w Europie (w tym w Polsce). Wprowadzono (i to ów tajemniczy spryt Forda), bo — po pierwsze — chciano nakarmić głodne muscel carów garaże Europy i — po wtóre — szósta generacja prowadziła się jak europejskie auta (no prawie). Innymi słowy, uniknięto sytuacji, w której rozochocony zakupem Europejczyk kończy rozochocenie na pierwszym drzewie, bo myślał, że jedzie samochodem sportowym w swoim, a nie amerykańskim rozumieniu. Nowy mustang został przyjęty z otwartymi garażami i dobrymi opiniami. Teraz Ford zdecydował się na odświeżenie szóstej generacji, czyli tzw. face lifting.

Bez zmian

Co się zmieniło? Na szczęście nic. Pomijając rzeczy dla charakteru mniej istotne, takie jak drobna grzebanina w silnikach, wyglądzie czy systemach. Na szczęście zmodernizowany Ford Mustang pozostał autem charyzmatycznym, charakternym i sportowym. Ma dwudrzwiowe nadwozie (cabrio lub fastback) i napęd na „jedyną słuszną” oś (wiecie, gdyby Bóg chciał napędu na przód, to chodzilibyśmy na rękach). Pozostał też dostępny (czytaj — tani). Wystarczy około 170 tys. zł, by posiąść odmianę z 290-konnym, turbodoładowanym, 4-cylindrowym silnikiem EcoBoost o pojemności 2,3 l, znanym z Focusa RS. Nie wiem, jak uzasadnić obecność na wskroś europejskiej jednostki w tym aucie, więc nie będę. Tym bardziej, że mustangi z tym silnikiem sprzedają się w Polsce tak samo dobrze jak bilety na kiepski film. Skoncentruję się na tym, co można mieć za dodatkowe 25 tys. zł. A można mieć Forda Mustanga GT z 5-litrową, atmosferyczną, widlastą ósemką. Ta z kolei rozwija moc 450 KM (29 KM więcej niż wcześniej). Zgoda, trudno nazwać samochód za prawie 200 tys. zł tanim, ale w Europie Ford Mustang GT praktycznie nie ma konkurentów. Tak jak w przypadku poprzednika w podwoziu sportowego forda znajdziemy niezależne zawieszenie obu osi i napęd na tylne koła z mechanizmem różnicowym o ograniczonym poślizgu. Warto? Powiem tak: Warto, ale… musisz pamiętać, że z mustangiem jest jak z Nowym Jorkiem. Albo miłość, albo nienawiść. Trudno o stany pośrednie. Musisz być przygotowany na to, że to nie ty komuś, ale mustang tobie skopie cztery litery. Do rzeczy.

Siła genu

Amerykańskie samochody mają tandetne wnętrza i fatalnie się prowadzą. Taka jest obiegowa opinia. Nowy mustang już w wersji sprzed obecnego face liftingu obala te stereotypy. Zgoda, prowadzenie porsche to to nie jest. Ale, jak to mówią: tyle muzyki, ile pieniędzy. Od razu to napiszę: wolnossący silnik V8 w mustangu jest wspaniały, z której strony by na niego nie spojrzeć. Już podczas uruchamiania głośnym i rasowym bulgotem daje do zrozumienia, że nie ma z nim żartów. Układ wydechowy jest tak głośny, że Ford zdecydował się zamontować w tłumikach końcowych specjalne klapki, po zamknięciu których 450 koni rży nieco ciszej.

Co więcej, można ustawić, w jakich godzinach cichy tryb będzie się włączał automatycznie. Nazwano to programem „dobrego sąsiada”. Po otwarciu klapek od dźwięku, który wydobywa się z układu wydechowego, trzęsie się całe nadwozie, a przy dodawaniu gazu — wręcz się lekko porusza. Kierowca odczuwa to każdym zmysłem. Niczym jeździec swojego rumaka. Słowo! Zero przesady. Pięciolitrowy silnik Foda Mustanga GT to nie leniwa, amerykańska widlasta ósemka. Bliżej mu do wyczynowych jednostek napędowych. Ma zdecydowanie wysokoobrotowy charakter, najlepiej przyspiesza w drugiej połowie skali obrotomierza. Przekładnia automatyczna to druga duża nowość w zmodernizowanym mustangu. Zastąpiła przestarzałą 6-stopniową skrzynię i jest to… nadal największa bolączka tego auta. Nowy automat działa szybciej, ale nie szybko. Czasami zbyt chętnie zmienia biegi w górę i w dół bez racjonalnego powodu. Poza tym zdarza mu się lekko szarpnąć nawet przy spokojnej jeździe. Niemniej cała reszta czyni z tego auta dużo bardziej sprawną sportową maszynę, niż można by się tego spodziewać po cenie i pochodzeniu. Za dopłatą dostępne jest aktywne zawieszenie MagneRide (z amortyzatorami wyposażonymi w elektronicznie sterowane zawory elektromagnetyczne, regulujące przepływ oleju) jest sztywne, ale idealnie wybiera nierówności drogi.

Spora masa (1,7-1,8 tony w zależności od wersji) i wymiary (4,8 metra długości) są w czasie jazdy odczuwalne. Jeśli jednak wziąć na nie poprawkę, nowy mustang prowadzi się naprawdę zwinnie i można nim zawstydzić posiadaczy niektórych samochodów sportowych ze Starego Kontynentu. Pod jednym warunkiem: trzeba pamiętać, że to kot.

Dziki rumak

Po co o kocie, skoro to koń? Ponieważ jak kot lubi chadzać własnymi ścieżkami. Szybka jazda GT V8 to nieustanne oscylowanie między nadsterownością i podsterownością i chociaż obie są pilnowane przez rzesze systemów, to jak kot zawsze znajdą sposób, by się wymknąć. Z mustangiem jest jak z kotem również dlatego, że choć myślisz, że jesteś jego właścicielem, to w praktyce jesteś jedynie otwieraczem puszek. I to na zawołanie. Wszystko to czyni z mustanga pojazd wyjątkowy. Ale tylko wtedy, gdy liczysz się z jego charakterem. Bo choć Ford zrobił wiele, by nauczyć go manier, wytresować, ujarzmić, to nie da się tego zrobić do końca. To jak z trzymaniem dzikiego zwierzęcia w domu. Prędzej czy później zew da o sobie znać. Jeśli wówczas się okaże, że nie masz „cohones”, to biada. Poniesie. Nie staraj się go wychować, to ma być symbioza. Wtedy może zadziałać. Tak na marginesie: wiesz, dlaczego mustang nazywa się mustang? Nie od konia z USA, to jasne. Ale dlaczego koń się tak nazywa? Otóż mustangi to rasa. Zdziczała. Wywodząca się od koni przywiezionych do obu Ameryk w XVI w. przez hiszpańskich konkwistadorów. Po prostu część rumaków wybrała wolność za oceanem i prysnęła, tworząc po latach na prerii wtórnie zdziczałe towarzystwo. Słowo mustang pochodzi od hiszpańskiego mesteno, co oznacza „bez właściciela”. Pamiętaj o tym, przekręcając kluczyk swojego nowego Forda Mustanga. Wtórnie zdziczały gen wciąż w nim tkwi. I to jest najlepsza informacja.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Bez właściciela