Już mamy do czynienia z odbiciem polskiej gospodarki, ale jest ono bardzo powolne — napisali w swoim raporcie urzędnicy Komisji Europejskiej. Wniosek ten podziela większość ekonomistów. Dlatego ich prognozy są mniej optymistyczne niż przewidywania ministra finansów.
Opublikowanie prognoz Komisji Europejskiej i zakwestionowanie profesjonalizmu unijnych ekonomistów przez Grzegorza Kołodkę spowodowało, że powrócił temat optymizmu szefa resortu finansów.
Od momentu pojawienia się Grzegorza Kołodki w ministerstwie jego prognozy wzrostu gospodarczego uznawane były powszechnie za zawyżone. Dowodów jednak nie ma — na razie minister miał okazję przewidzieć tempo wzrostu gospodarczego w 2003 r.
I choć wiele wskazuje na to, że się przeliczył, ostatecznie będzie to można stwierdzić, gdy skończy się rok i poznamy statystyki GUS. A to stanie się pod koniec I kwartału 2004 r.
Jedno jest pewne — po objęciu stanowiska Grzegorz Kołodko natychmiast zmienił prognozę wzrostu. Jego poprzednik, Marek Belka, w założeniach do tegorocznego budżetu zapisał dynamikę wzrostu gospodarczego wysokości 3,1 proc.
Grzegorz Kołodko uznał, że to za mało — ostatecznie, za jego namową, rząd przyjął prognozę wzrostu wysokości 3,5 proc. Mimo że znakomita większość ekonomistów i analityków twierdzi, że dynamika wzrostu nie przekroczy 3,1 proc.
Przygotowując budżet, rząd zakłada też inne parametry makroekonomiczne — m.in. stopę bezrobocia i średnioroczną inflację. W planie finansów państwa na ten rok zapisano, że stopa bezrobocia zamknie się w przedziale 17,7-18,3 proc.
To właśnie prognoza bezrobocia, wykonana przez unijnych urzędników, najbardziej zabolała ministra. Ekonomiści Komisji Europejskiej przewidują, że w tym roku stopa bezrobocia w Polsce wzrośnie do 20,6 proc.
— Jak chcą wiedzieć, jaka będzie wysokość bezrobocia w Polsce, to przecież mogą do mnie zatelefonować i zapytać, to im powiem — skwitował założenia unijnych ekonomistów Grzegorz Kołodko.
Sam jednak nie może się pochwalić osiągnięciami na tym polu — gdy minister pojawił się w resorcie finansów w lipcu 2002 r., od razu zapowiedział, że od listopada 2002 r. bezrobocie zacznie spadać. Rząd Leszka Millera uznał bowiem — słusznie zresztą — że wysokie bezrobocie jest największym problemem społecznym w Polsce.
Obietnice ministra pozostały jednak w sferze pobożnych życzeń. Ani w listopadzie, ani później bezrobocie nie zaczęło spadać. Więcej — rośnie lub utrzymuje się na wysokim poziomie. Co na pewno frustruje — pytanie tylko, czy urzędnicy Komisji Europejskiej są najlepszym adresatem tej frustracji.