Bezrobocie w Polsce powoli spada po małej fali kryzysowej, ale ten spadek następuje w takim tempie, w jakim mały żółw zmierza do morza po wykluciu z jajka. Dlaczego tak się dzieje, skoro popyt na pracę wydaje się bardzo mocny, co widać np. po wysokim wzroście płac czy deklaracjach firm dotyczących chęci zatrudniania? Może być to element zmian strukturalnych w gospodarce — dostosowanie ludzi do zmian w popycie na pracę nie jest szybkie i łatwe.
GUS podał, że w sierpniu stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce wyniosła 5,8 proc., czyli tyle samo, ile w lipcu. Uważni czytelnicy Danych Dnia mogą pamiętać, że bezrobocie rejestrowane nie należy do najlepszych miar sytuacji na rynku pracy. Mimo to, gdy się je oczyści z sezonowości i spojrzy na zmiany w czasie, to może być bardzo fajnym i ciekawym miernikiem sytuacji w gospodarce. Wprawdzie wśród bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach są ludzie, którzy w rzeczywistości pracują, jednak przy analizowaniu zmian stopy bezrobocia z miesiąca na miesiąc to nie ma aż takiego znaczenia.

Po oczyszczeniu z sezonowości stopa bezrobocia wynosi 6 proc. i jest wciąż o około 0,8 pkt proc. wyższa niż przed kryzysem. Z jednej strony to niewiele, bo przecież wiosną 2020 r. baliśmy się, że stopa skoczy do dwucyfrowego poziomu. Z drugiej powolne tempo powrotu do przedkryzysowego stanu można odczytać jako wyraz pewnych blokad i problemów występujących na rynku pracy. Jeżeli tempo spadku z ostatnich czterech miesięcy (maj-sierpień, okres odmrożenia po lockdownie) się utrzyma, to do przedkryzysowego poziomu wrócimy dopiero pod koniec przyszłego roku.
Jak to wyjaśnić? Dlaczego bezrobocie wraca do normy bardzo powoli, podczas gdy PKB bardzo szybko (powinno być na poziomie trendu sprzed kryzysu już na wiosnę 2022 r.)?
W pewnym sensie jest to zjawisko normalne, które obserwuje się po recesjach. Recesja uruchamia zmiany efektywności, które przyspieszają wydajność pracy. Duża część odbicia gospodarczego po recesji odbywa się właśnie dzięki rosnącej wydajności, a nie dzięki rosnącemu zatrudnieniu. Firma zajmująca się np. produkcją reklam mogła „wycisnąć” ze swoich grafików 20 proc. więcej wysiłku w czasie pandemii i teraz na rosnące zamówienia odpowiada jeden grafik, a nie dwóch. Gdy ruszą na większa skalę inwestycje, również publiczne, wówczas mocno powinno ruszyć także zatrudnienie.
Obecna recesja ma jednak jeszcze jeden specyficzny wymiar. Była bardzo krótka, ale też doprowadziła do bardzo mocnych zmian w strukturze popytu — w niektórych sektorach popyt jest bardzo wysoki (logistyka), w innych niski (niektóre segmenty turystyki zagranicznej) lub niepewny (restauracje). Pracownicy nie są w stanie szybko dostosować swoich kwalifikacji do zmiany popytu. To musi trwać. Pisałem o tym wielokrotnie i powtarzam jeszcze raz, że przekwalifikowanie zajmie wiele kwartałów. Dlatego na bardzo szybki zjazd bezrobocia pewnie nie możemy liczyć. Ważne, by zmierzało powoli w dół.