Dane o sprzedaży i inwestycjach cieszyłyby znacznie bardziej, gdyby nie groźne pomruki z rynku pracy.
Dane o konsumpcji mogą napawać optymizmem, ale do końca problemów polskiej gospodarki jeszcze daleko. Sygnał ostrzegawczy wysłały wczorajsze odczyty z rynku pracy. Według Głównego Urzędu Statystycznego, w lipcu grono zarejestrowanych bezrobotnych zwiększyło się o 17,4 tys. osób. Stopa bezrobocia wzrosła do 10,8 proc. z 10,7 proc. w czerwcu. A prawie zawsze o tej porze roku bezrobocie spadało.
— W okresie letnim zwykle nasilają się prace sezonowe, więc odsetek osób bez pracy idzie w dół. Tym razem jednak bezrobotnych przybywa, co świadczy o tym, że sytuacja na rynku pracy cały czas się pogarsza — podkreśla Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK.
W lipcu do urzędów pracy zgłosiło się 62 tys. osób, które trafiły na bruk z powodu kłopotów finansowych ich pracodawców. To największa grupa od dwóch lat. Tymczasem ekonomiści są przekonani, że kłopoty pracowników ze znalezieniem pracy będą się nasilać.
— Przed nami trudnych kilka miesięcy. Do końca roku bezrobocie wzrośnie do 12 proc. Realizacja tego scenariusza oznaczałaby, że bezrobocie wzrośnie jeszcze o kolejne 200 tys. osób. Taki sam napływ zanotowaliśmy od początku roku do końca lipca — mówi Grzegorz Maliszewski, ekonomista Banku Millennium.
Tym bardziej że przez ostatni rok gwałtownie wygasły podwyżki wynagrodzeń. Ostatnio pensje rosną w tempie 2-4 proc., a rok temu wzrost sięgał 12 proc.
— Spodziewam się, że w najbliższych miesiącach dynamika płac będzie minimalna, na poziomie około 2 proc. Jeśli dołożymy do tego spodziewany dalszy spadek zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw i inflację na poziomie około 3 proc., oznacza to, że dochody przeciętnego Kowalskiego za pracę będą coraz niższe. W takich warunkach nie należy spodziewać się wyraźnego odbicia konsumpcji — ostrzega Grzegorz Maliszewski.
Jacek Kowalczyk