Białą magią spowita

Karolina Guzińska
opublikowano: 2004-05-07 00:00

Mamy pokoje z widokiem na stumetrowy klif i maleńką skalną wysepkę, wynurzającą się z oślepiającego turkusu morza. I zatoczkę z niewielką przystanią żeglarską.

W uszy wpada — wszechobecny tu, jak się okazało — szum. Głośny, ale dziwnie kojący. To cykady ukryte w gąszczu pinii. I mewy — nawołujące płaczliwie... Chłonę tę niezwykłą atmosferę rankiem, na tarasie apartamentu. Myślę: w tej cichej mieścinie — Port de Sant Miguel na północy wyspy — na pewno odpocznę. Mimo przypiętej Ibizie etykietki „królowa nocy”.

Plaże na cały rok

Apartamenty Esmeralda Mar to istna wieża Babel. Angielski, niemiecki — te nacje tłumnie przybywają na wyspę nie tylko jako turyści. Wielu Brytyjczyków prowadzi interesy w San Antonio: hotele, restauracje, sklepy... Nasi sąsiedzi zaś upodobali sobie Santa Eulalię słynącą z plaży dla nudystów, podzielonej na część homo- i heteroseksualną. Na każdym kroku słychać też język czeski.

— Z Czech przyjeżdża wielu turystów. Podobnie z Niemiec, Anglii, Hiszpanii, Włoch i Francji. Klienci? Najlepsi są Niemcy. Bo zamawiają dodatkowe posiłki i napoje — chwali Jesus Blanco Ramos, dyrektor Esmeralda Mar.

Apartamenty leżą na wzgórzu, 500 m od plaż. Dwóch. Bliżej hotelu rozciąga się rozległa, piaszczysta, pokryta kolorowymi parasolami. Proponuje atrakcje, jak rejs dmuchanym bananem, ciągniętym przez motorówkę. Wokół restauracje, sklepiki, kiermasze... Za dużo ludzi.

Wspinamy się więc wąziutką dróżką na drugą stronę klifu. Ciężko iść w lipcowym, śródziemnomorskim skwarze, ale warto — wśród piniowych gajów jest tak cicho i spokojnie... Jaszczurki o zielonych i beżowych grzbietach wygrzewają się na kamieniach. Ani drgną. Wyciągam rękę z okruchami słodkiej bułki. Nieruchome ciałka ożywają, zwierzątka zbiegają się i jedzą mi z ręki. Jak wiewiórki! Siejąc kawałkami pieczywa, docieramy do maleńkiej, skalistej zatoczki z mikroskopijną plażą. Opala się tu zaledwie kilka osób. Do skały klei się krzywa wiata pokryta strzechą — knajpka. Kelnerka w bikini podaje przekąski, soki i kawę. Pyszną — oleistą i słodką.

Miejscowi twierdzą, że Ibiza otwiera ludzki umysł — dzięki białej magii, przepełniającej całą wyspę...

Liczy ona zaledwie 572 km kw., więc nieistotne, gdzie rzucimy kotwicę. Wszędzie blisko. Gdyby zostać na Ibizie rok, co tydzień można by korzystać z innej plaży — jest ich tu ponad 50. Od zagubionych zatoczek, po rodzinne — z zabawami dla dzieci. Niektóre niezwykłe, owiane legendami — jak zatoka Cala d’Hort, skąd rozpościera się cudowny widok na maleńką, skalną wysepkę Es Vedra. To góra magnetyczna, emanująca dziwną energię — każdy rybak, który się do niej zbliżył, zawracał... Jest i plaża schowana w ramionach zatoki Cala Sant Vincent, kryjąca przed ludzkim wzrokiem jaskinię Cova des Cuieram— świątynię fenickiej bogini Tanit. Ponoć jej kult przetrwał po dziś dzień...

Antyczna forteca

Do stolicy wyspy — miasta Ibiza (po katalońsku: Eivissa) — słynącej z oryginalnej architektury „ibicenca”, docieramy „pekaesem” z Sant Miguel. Lokalny serwis autobusowy jest niezły, więc nie wypożyczamy samochodu. Boimy się Anglików za kierownicą — jeżdżą wężykiem. Zwłaszcza gdy wracają z dyskoteki, prawa strona jezdni myli im się z lewą...

Wysiadamy w nowej części Ibizy. Warto zajść na bulwar Vara de Rey, z hotelem i kawiarnią Montesol, gdzie spotykają się rdzenni mieszkańcy Eivissy. Ale Dalt Vila — starówka na wzgórzu, skupiona wewnątrz potężnych murów obronnych wokół katedry Panny Marii Śnieżnej, patronki wyspy (XVIII wiek, późny barok) — to zupełnie inny świat. Wszystkie cywilizacje, panujące na tych ziemiach, rozbudowywały i umacniały fortyfikacje. Warto je „zdobyć”, by móc podziwiać panoramę naturalnego portu, wokół którego wyrosło miasto. Widok z drugiej strony umocnień też zapiera dech — to pola solankowe, źródła naturalnego bogactwa wyspy.

Wewnątrz murów kryje się antyczna osada, pełna śladów minionych epok: nekropolia na Puig des Molins, muzeum archeologiczne z kolekcją znalezisk punickich, kościół św. Dominika... Wąskie uliczki wybrukowane kocimi łbami — lśniącymi od wielowiekowego polerowania milionem stóp — biegną stromo w górę i w dół. Ich pokonanie ułatwiają schodki. Do wielu mieszkań wchodzi się wprost z ulicy — czasem po kilku stopniach w dół. Drzwi szeroko otwarte.

W ciemnych, chłodnych wnętrzach siedzą ludzie — jedzą, gadają i nic sobie nie robią z ciekawskich spojrzeń turystów. Niektórzy wyszli przed domy — starsi grają w karty, dzieci uganiają się za piłką. Wzrok przyciągają maleńkie okienka i balkony obwieszone praniem i pnączami — rzeka pachnących kwiatów wylewa się z mieszkań. I ozdobne drzwi — półkoliście wykończone u góry, znakomicie wkomponowane w nierówności murów. Malowane — przeważają błękity i zielenie. W każdym niemal zaułku kryją się kafeterie i restauracje — siadamy wreszcie, by pokrzepić się cafe solo: czarną, mocną, stawiającą na nogi...

Powaby nocy

W biały dzień trudno uwierzyć, że Ibiza jest światowym centrum zabawy. A przecież to najbardziej znana twarz wyspy, na której potańczyć można w największej dyskotece świata — Privilege, mieszczącej ponad 12 tys. ludzi! Każdego lata organizuje się na wyspie 8 tys. imprez, zjeżdżają najlepsi didżeje z całej Europy, a dziennikarze brukowców węszący za sensacjami mogą liczyć na udane polowanie.

Sklepy i kramy otwarte do białego rana — w środku nocy da się nie tylko pić i ucztować, ale i robić zakupy: ciuchy, łodzie, sprzęt do nurkowania... Czego dusza zapragnie! Choć słońce świeci długo — opalać się można i o 8.00 wieczorem — późnym popołudniem plaże pustoszeją. Rzesze klubowiczów z całego świata szykują się do wyjścia — mają do wyboru 41 przybytków, z których 7 to kluby zaliczane do najlepszych w Europie.

Jak się tam dostać? A choćby specjalnym Disco Busem! Tu zaczyna się impreza — już podczas jazdy roześmiani ludzie pląsają w rytm muzyki. Ich cel to Amnesia w San Antonio (słynąca z zabaw w pianie i maszyny do suchego lodu, strzelającej strugami powietrza) lub Pacha w Ibizie, jedna z niewielu czynnych przez cały rok (ten klub ma już kilkadziesiąt filii w Europie). Popularnością cieszą się również Eden i Es Paradis w San Antonio, El Divino i Privilege w Ibizie, czy Space w Playa d’en Bossa. Style muzyczne do wyboru, do koloru: pop, rock, house, trance, techno, soul, jazz, funk, garage... A nawet Bach i paso doble! Jest tylko jeden problem: na samo wejście trzeba przeznaczyć od 20 do 60 euro, plus 5-7 euro na piwo, albo 8-10 na drinka...

Moda na Ibizę sięga lat 30. XX wieku. Wtedy stała się ulubionym miejscem spotkań ówczesnej awangardy, myślicieli, zwolenników utopii. Przyjeżdżali tu m.in. twórcy surrealizmu i Bauhausu, przyciągnięci kosmopolitycznym charakterem wyspy i nieograniczoną tolerancją.

Kolorowe jarmarki

Kolejne fale alternatywnej kultury napływały w latach 50. oraz na przełomie lat 60. i 70. Wówczas cudzoziemcy — oczarowani książką Jacques Massacrier „Savoir revivre”, opisującej lata spędzone z rodziną na Ibizie — zaczęli masowo osiedlać się na wyspie, żyć, zakładać szkoły. Był to proces całkowicie nieinwazyjny. Nowe tendencje wtopiły się w realia wyspy, a przybysze stali się prawdziwymi ibicenco.

Wraz z ludźmi poszukującymi życia zgodnego z naturą, na Ibizie pojawił się ruch hippisowski. Młodzież — by zarobić na swoje utrzymanie — zajęła się rękodziełem skórzanym, ceramiką, wyrobem biżuterii i ubrań. W taki oto sposób narodziła się nowa gałąź przemysłu turystycznego — dochodowa po dziś dzień: Hippi Markets. Bazary hippisowskie w Punta Arabi, Sant Carles... My wybraliśmy jarmark w Es Canar koło Santa Eulalia — porażający, barwny, hałaśliwy...

— Da się tu zapleść włosy w warkoczyki, zrobić sobie tatuaż henną, kupić biżuterię wątpliwej urody... Przypomina mi Bazar Różyckiego za jego dobrych czasów. I w cieplejszym klimacie. Nikt tu nie zawraca sobie głowy przymierzalnią — sporo kobiet paraduje w kostiumach plażowych, na które zakładają ręcznie malowane suknie z bawełny lub jedwabiu — opowiada Renata Zawadzka, fotograf i podróżnik.

Uprzedzona, na co mogę liczyć, odwiedzając hippisowski jarmark w Es Canar, obojętnie mijam stragany z ubraniami w batikowe wzory, prowadzone przez podstarzałe dzieci kwiaty. Kieruję się do młodej Angielki, pokrywającej ludzi malunkami henną. Artystka twierdzi, że jaszczurka — wzór, który wybrałam — nie zmyje się przez dwa tygodnie. Ale po 7 dniach kąpieli w Morzu Śródziemnym nie ma po niej śladu...

Inna twarz

By poznać prawdziwe oblicze Ibizy, trzeba odwiedzić wioski w głębi lądu. Widać tu, jak zróżnicowany jest pejzaż wyspy. Nie tylko 18 km plaż, typowo rozrywkowe strefy — San Antonio, Ibiza, Talamanca — ale i faliste wzgórza z piniowymi lasami, wiejskie pejzaże, zakątki, gdzie zatrzymał się czas. Zaskakuje piękna zieleń — dzięki ścisłej ochronie środowiska Ibizę nazywa się często Sosnową Wyspą. Zwiedzając Santa Agnes, Sant Mateu, Santa Gertrudis czy Sant Francisco — najmniejszą wioskę Ibizy, gdzie żyją tylko dwie rodziny — napotyka się tradycyjną architekturę (podobno o afrykańskich korzeniach). Rustykalne domostwa są bardzo proste, niskie, z oślepiająco białymi, metrowej grubości ścianami — co chroni przed upałami.

— W tradycyjnych domach głazy ułożone są jeden na drugim, bez zaprawy. Budowano najpierw jedno pomieszczenie —„cuba” — służące do wszystkiego. Gdy rodziły się dzieci, dostawiano kolejne „cubas”. A te murki otaczające budynki chronią ziemię przed wypłukiwaniem — opisuje Renata Zawadzka.

Charakterystyczna zabudowa Ibizy to także kościółki na niewielkich wzniesieniach. Królują nad okolicą. A koło nich przycupnęły knajpki — ponoć tutejsi mężczyźni odprowadzają swe kobiety na mszę, a potem idą do baru... Przypadkowo spotkany rodak opowiada zabawną historię.

— Moja córka wyszła za mąż za rdzennego ibicenco. Odwiedzam ją często, a zięć pokazuje nam ciekawe miejsca — jak uroczy kościółek w Santa Inez. Pech chciał, że był zamknięty. Ale gdy miejscowi zobaczyli, że szarpiemy klamkę, poradzili udać się do pobliskiego baru. Bo ksiądz, który poza niedzielą tylko raz dziennie odprawia mszę, dorabia jako barman u brata — właściciela tego baru. Poszliśmy. Gdy wyłuszczyliśmy prośbę, duchowny wytarł ręce, odwiązał fartuch, wyjął z kieszeni klucz i otworzył nam kościół — wspomina Polak z Katowic.

Śmiejemy się, ale zakorzeniony na Ibizie rodak wyjaśnia, że pęd do bogacenia się nie jest tu niczym dziwnym — nie szokuje nawet właścicielka kilku sklepów i restauracji w San Antonio, która dorabia jako pokojówka w hotelu! Nie każdy jednak zawdzięcza majątek uczciwej i bogobojnej pracy. Na wyspie jest jakieś 30 niesłychanie bogatych rodzin. Noszą nazwisko Mari. To ponoć potomkowie piratów łupiących niegdyś okoliczne wody...

Białe domostwa, kościółki, feeria kwiatów... Przesycona atmosferą spokoju prowincja słynie też z garncarstwa. Warsztaty mają wszystko, co da się wypalić z gliny — kubki, figurki, talerze, półmiski, miski, maselniczki, mydelniczki... Nasz wybór pada na talerz do serów, zdobiony słońcem.

Pamiątka z podróży jak znalazł. Od biedy może symbolizować Ibizę — wyspę, nad którą słońce świeci 300 dni w roku.