Bieg przez płoty

Jacek Konikowski, Monika Sobkiewicz
opublikowano: 2004-12-03 00:00

Bezrobocie. Inaczej widać je przy Wiejskiej. Inaczej patrzy oko menedżera. Odmiennie jeszcze — to z urzędu pracy. Ostrzej — z gabinetu wójta. Przepisy i ludzie. Gdzie tu pies pogrzebany?

Przy północno-wschodniej i wschodniej granicy kraju bezrobocie — według ministerialnych statystyk — od lat jest największe w kraju. Sprawdziliśmy, dlaczego nie idzie ku lepszemu. I zatkało nas!

Nie ma wielu inwestycji — wiadomo. Ale na ziemiach, gdzie bezrobocie hula jak jesienny wiatr, o pracę często łatwiej niż o pracownika.

— Gdzie ci wszyscy bezrobotni? — dziwi się Tobiasz Niemiro, właściciel olsztyńskiej restauracji Przystań. Od kilku miesięcy bezskutecznie szuka kucharzy i pomocników. Niedawno zamieścił duże ogłoszenie w „Gazecie Olsztyńskiej”, że szuka niewykwalifikowanych pomocy kuchennych. Odpowiedziały raptem dwie osoby, ale żadna nie podjęła pracy.

Podniósł proponowane zarobki. I dziś na kandydatów czeka już pensja wyższa od średniej w regionie. Na próżno.

— Jak tak dalej pójdzie, sam będę siekać kotlety i obierać ziemniaki! — dodaje pół żartem, pół serio.

W województwie warmińsko-mazurskim nikomu nie jest jednak do śmiechu. Zwłaszcza 160 tysiącom bezrobotnych i kilkuset przedsiębiorcom. Pierwsi szukają pracy, drudzy — do pracy. Dziwnym trafem, nie mogą się znaleźć.

Wybredni

W Wojewódzkim Urzędzie Pracy w Olsztynie też nie ma chętnych do pracy, a na urzędników czekają wolne biurka. Ale Zdzisław Szczepkowski, dyrektor WUP, nie traci humoru. Jego zdaniem bezrobocie powoli spada:

— Kolejny miesiąc z rzędu ubywa nam bezrobotnych! Lokalne gazety piszą „Spada bezrobocie, ale pracy wciąż za mało”.

Pamiętajmy, że na Warmii i Mazurach niemal co trzeci mieszkaniec szuka pracy, a zasiłek pobiera już 20 procent bezrobotnych. Stopa bezrobocia (29,6 proc.) jest najwyższa w kraju.

Marek Kołakowski, właściciel fabryki mebli Mebelplast, od pół roku szuka i szuka, chce zatrudnić kilkanaście szwaczek.

— To stała praca za 2000 zł miesięcznie. I ZUS, opieka medyczna, darmowe posiłki w stołówce zakładowej... Na innych stanowiskach — podobnie. Trzeba zatrudnić 100 ludzi, by zostało 10. Rekordzista, niewykwalifikowany pracownik przysłany z Urzędu Pracy, mógł zarabiać 1500 zł, ale przepracował raptem 3 dni — i więcej się nie pojawił — opowiada Kołakowski.

Gdy Mebelplast szukał szwaczek do zakładu w Bartoszycach, na zebranie do miejscowej świetlicy przyszło kilkaset osób, chęć pracy zadeklarowała dwudziestka, podjęło ją 7 osób. A po pół roku nie została żadna. Tymczasem w rejestrach olsztyńskiego UP tkwi kilkaset — byłych — szwaczek.

— Ludzie niby chcą pracować — i to za 600-700 zł — ale gdy przychodzi co do czego, rezygnują. Poszukuję osób do kuchni. Jedynym warunkiem są dobre chęci. Ale kandydaci — zanim podejmą pracę — stawiają warunki. Przyszły z ogłoszenia dwie dziewczyny: dzisiaj ani jutro nie możemy zacząć, dopiero w poniedziałek, bo dojeżdżamy, chcemy pracować razem, robić to samo — i zarabiać po 1800 zł. Gdy się nie zgodziłam, wyszły — dziwi się szefowa restauracji CornerCafe w centrum Olsztyna.

Średnia pensja dla pomocy kuchennej: 1000-1100 zł netto, kucharz dostaje na rękę 1400 zł. Do tego od pierwszego dnia umowa na stałe, posiłki i ubranie.

— Sporo osób przychodzi z pośredniaka, ale po to, bym im odhaczył, że byli, bo tak naprawdę nie chcą u mnie pracować. Nawet nie pytają o zarobki... Niektórzy stawiają warunki, że do noszenia desek to nie, ale jako kierowca — już prędzej — twierdzi Janusz Chylicki, właściciel firmy budowlanej.

Niespiesznie

Gdzież ci bezrobotni z Warmii i Mazur, na których państwo łoży co roku kilkadziesiąt milionów złotych?

— Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw jest niewielkie, także dlatego że ludzie po prostu nie chcą pracować. Jedni porzucają pracę po kilku dniach i wracają pod pośredniak, inni wprost odmawiają jej podjęcia. Większość woli pracować na czarno lub żyć z zasiłku — przyznaje dyrektor Szczepkowski.

Ci, którzy decydują się na pracę, często wolą tymczasową, choćby w obsłudze ruchu turystycznego, w handlu, hotelarstwie czy gastronomii. Wielu znajduje robotę w usługach. Innych wabią większe pieniądze za granicą. W czerwcu olsztyński UP wysłał 11 tys. bezrobotnych do Niemiec, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Francji i na Cypr. Ilu pojechało szukać szczęścia na własną rękę — nie wiadomo.

Pozostali nierzadko wolą zasiłek z urzędu pracy, pomoc rodziny. I dorabianie na czarno.

Państwo niewiele robi, by walczyć z tym procederem. A przecież powinno, bo — to już truizm — tacy bezrobotni pobierają osłony socjalne i nie płacą podatków. To „oszuści socjalni”, wyłudzający pieniądze ze skarbu państwa.

Walka z nimi nie jest trudna. Są przecież zarejestrowani w urzędach pracy. Wystarczy sprawdzić, dlaczego znów ktoś odmówił podjęcia pracy, którą dostał „na tacy”... Ale państwo udaje, że nie widzi problemu. Gdy trzy lata temu „usamorządowiono” urzędy pracy, miało to pomóc w walce z bezrobociem. Jak? A tego jednak nikt dokładnie nie wiedział, bo i sam pomysł, by z bezrobociem wzięły się za bary przede wszystkim biedne samorządy, a nie państwo, był w Europie dość oryginalny! Dziś, gdy urzędy pracy de facto pozostawiono samym sobie, nikt nie jest w stanie skoordynować ich działania.

Na czarno w szarej strefie

To tylko jedna, choć ciemna strona księżyca. Bo są też i tacy jak Waldemar Kłobadzki, który bez pracy jest już drugi rok i wiele by dał, żeby ktoś go zatrudnił. Niegdyś pracował w olsztyńskim Stomilu. Po redukcjach trafił do pośredniaka:

— Na początku wcale mi się do pracy nie spieszyło. Pomyślałem sobie: odpocznę, wybuduję altankę, pobędę z wnukami. Czas uciekał. W końcu zacząłem się rozglądać za jakimś zajęciem, szukałem miesiąc, dwa, trzy, ale bez skutku. To mnie zniechęciło... Zacząłem popadać w depresję. Zamiast pisać podania i wertować ogłoszenia, większość czasu spędzałem z takimi jak ja pod sklepem — w nadziei, że ktoś postawi mi piwo.

Takich jak pan Kłobadzki jest na Warmii i Mazurach mnóstwo — bez szans na pracę, bez motywacji, bez wykształcenia. Sami sobie nie poradzą. Wśród nich wielu odziedziczyło bezrobocie po rodzicach... To ci z obszarów popegieerowskich.

— Gdy zamknęli PGR, ojciec został bez roboty, potem i ja nie miałem gdzie robić. Razem dorabiamy u rolników lub na budowach. Jak się uda... — mówi Stanisław Klęp mieszkaniec wioski z okolic Gołdapi.

Z zasiłku nie da się jako tako wyżyć — na dłuższą metę. Gdzieś pracować trzeba. Gdzie? Ano w „szarej strefie”.

— Wielu poszukiwaczy pracy — czasem ze strachu przed utratą stałych funduszy z urzędu pracy, a czasem z wygody — stawia sprawę wprost: mogą pracować, ale bez umowy o pracę. Inaczej stracą osłonę socjalną, zasiłek rodzinny, rentę czy emeryturę. Do tej pory tak pracowały i nadal tak chcą — twierdzi Tobiasz Niemiro.

Tymczasem z rządowego „Krajowego planu działań na rzecz zatrudnienia na 2005 rok” wynika, że właściwie jedynym posunięciem rządu w sprawie zwiększenia finansowej atrakcyjności pracy dla osób bezrobotnych jest „Opracowanie i wdrożenie mechanizmu zachęcającego bezrobotnych do uzyskiwania dochodów z pracy w miejsce dochodów z transferów socjalnych”, co ma przynieść spodziewany cel w postaci „sformułowania wniosków dotyczących koncepcji dodatku aktywizacyjnego o charakterze wyrównawczym dla bezrobotnych”.

Dość lapidarnie, prawda?

Urzędy — swoje

Marek Kołakowski, kanclerz olsztyńskiego Business Centre Club twierdzi, że obecnej sytuacji na rynku pracy winne są także nieżyciowe przepisy i urząd pracy, który nierzadko sam prowokuje bezrobocie.

Nazajutrz po wielkim pożarze fabryki Mebelplastu w Olsztynie (jedna z największych firm w regionie), szefowa powiatowego urzędu pracy zadeklarowała, że zarejestruje jego pracowników w trybie przyspieszonym, chociaż Mebelplast — mimo tragedii — nikogo nie zamierzał zwalniać. Wystąpił tylko do UP z wnioskiem o dofinansowanie odbudowy miejsc pracy. Nie bez powodu: każdy UP dysponuje funduszem na taki cel. Kołakowski — zamiast jednorazowej kwoty — dostał jednak odmowę — i do tej pory się dziwi, dlaczego UP tak szybko był gotów płacić zasiłek.

Nie tylko zresztą Mebelplast ma żal do olsztyńskiego UP.

— Kiedyś zadzwoniłem do UP i poprosiłem o kilku pracowników do załadunku towaru na ciężarówki na kilkanaście dni. Potrzebowałem ich na tydzień. Nic z tego... W końcu sam pojechałem i wziąłem trzech facetów spod pośredniaka. Założę się, że — pracując u mnie — nadal pobierali zasiłek — mówi Stefan Drzewiecki, właściciel firmy transportowej.

UP zachęca bezrobotnych do tworzenia małych, jednoosobowych firm i nawet przeznacza na ten cel pewne środki. Ale praktyka — wskazują przedsiębiorcy — pokazuje, że często takie firemki istnieją krótko, a ich właściciele po jakimś czasie znowu stają się bezrobotnymi, bo nie są w stanie sprostać konkurencji na rynku.

— Dlaczego tych pieniędzy nie dać dużym firmom na tworzenie nie jednego czy dwóch, ale kilku miejsc pracy? — komentuje Kołakowski.

Podobnie ze szkoleniami organizowanymi przez UP. Najwięcej zarabiają na nich firmy, które je organizują i które nierzadko są ściśle związane z urzędami pracy — a nie pracodawcami.

Zdaniem przedsiębiorców, pracowników powinni szkolić ci, którzy ich potem zatrudnią.

— Chętnych nie brakuje. Tyle że UP — nie wiadomo czemu — wolą płacić za szkolenie bezrobotnych nie nam, lecz firmom szkoleniowym. To jest chore! Przecież to przedsiębiorcy najlepiej wiedzą, kogo potrzebują i czego muszą kandydatów nauczyć. Co z tego, że ktoś wyuczył się obsługi komputera i nadal szuka pracy, skoro nie umie szyć na maszynie, a ja właśnie szwaczek szukam — i to od zaraz! Dajcie nam te pieniądze na szkolenia, a my damy ludziom pracę! — apeluje Kołakowski.

Tak wygląda bezrobocie z perspektywy dużego miasta — Olsztyna, ale nie tylko. To jak w takim razie musi wyglądać z okien gabinetu wójta niewielkiej gminy, do której zimą docierają tylko śnieżne pługi?

Po bartoszycku

W powiecie bartoszyckim (przy granicy z Rosją) bez pracy pozostaje niemal 32 procent mieszkańców (czyli ponad 3 tysiące). Część żyje z zasiłku, część ze szmuglu przez granicę rosyjskich papierosów, wódki, paliwa, cukru. Większość zostało szmuglerami z braku pracy. Zdaniem Zbigniewa Ciechomskiego, wójta Bartoszyc, mogliby ją znaleźć, gdyby nie brak wyobraźni urzędników z Warszawy. I posłów.

— Od połowy roku ustawa zabrania gminom organizowania i zatrudniania bezrobotnych przy robotach publicznych — mimo że jest u nas co robić, bo trzeba na przykład uporządkować okolice rzeki Łyny, a sam system robót publicznych sprawdzał się od 1991 roku. Teraz, od 2005 roku mają się nimi zająć stowarzyszenia integracji społecznej. Tylko że zanim one ruszą na dobre, minie jakieś 2-3 lata, a przez ten czas zostanie próżnia... — konstatuje Zbigniew Ciechomski.

Pomysł pochodzi z Unii, gdzie podobne stowarzyszenia istnieją i się sprawdzają, ale nikt tam nie słyszał o prawie 40-procentowym bezrobociu...

— Przyswaja się obce wzorce na ślepo. Przecież gmina ma swoje zadania komunalne, do których potrzebuje rąk do pracy — to po co nam stowarzyszenia! Teraz, jak będę chciał drogę oczyścić, to zamiast zatrudnić bezrobotnych, będę musiał prosić o to stowarzyszenie. Zamienił stryjek siekierkę na kijek – dodaje zirytowany Zbigniew Ciechomski.

Po co mu pośrednicy? Od ręki zrobi to samo — i taniej, bo przecież samo utrzymanie stowarzyszenia też niemało kosztuje.

Stowarzyszenia to nie jedyny powód do irytacji wójta Bartoszyc. W jego gminie większość bezrobotnych to pracownicy byłych PGR. To właśnie o takich ludziach opowiadał głośny film dokumentalny „Arizona” Ewy Borzęckiej z 1997 roku. Lata minęły, a dzieło to można by nakręcić raz jeszcze, właśnie w Bartoszycach. Dzięki parlamentarzystom.

— Dotychczas Agencja Nieruchomości Rolnych płaciła nam za miejsca pracy dla byłych pracowników PGR. Ci mieli i pracę, i pieniądze. Mało, bo mało, ale dobre i to... Od października nie będzie nawet i tego, bo Sejm uchwalił ustawę, która ten system znosi! Teraz gdy ANR — zamiast gminy — sprzeda ziemię, pieniądze powędrują nie do gminy, ale do budżetu państwa, skąd trafią, albo do nas, albo na Śląsk, a może w inne rejony kraju. Gdzie tu sens? — pyta Ciechomski.

Uchodzi za dobrego, obrotnego wójta, któremu „się chce”. To dzięki niemu ludzie we wsiach mają darmowy internet, a w szkołach — nowe komputery. Mówią o nim: „ma chłop głowę na karku”. Rzeczywiście. Na przykład, by zatrudnić bezrobotnych przy czyszczeniu dróg, wynalazł taki kruczek w przepisach, że roboty publiczne można prowadzić poprzez jednostki powiatowe. Dogadał się więc z zarządem dróg i po dwóch dniach 120 bezrobotnych glancowało ulice w całym powiecie. Dzięki jego sprytowi mieli pracę przez półtora miesiąca.

— Gdyby Sejm w ustawie o robotach publicznych po prostu nie zapomniał o jednostkach powiatowych — nic by z tego nie wyszło — śmieje się wójt.

Tylko dlaczego szukać dziur w ustawach, by skutecznie walczyć z bezrobociem?

W Hrebennem

Walka z bezrobociem kuleje nie tylko na Mazurach. Najbardziej zawsze tam, gdzie ono największe. Sześćset kilometrów od Bartoszyc, na drugim krańcu Polski, tuż przy granicy z Ukrainą, w Lubyczy Królewskiej, wójt Jasiński rwie włosy z głowy, bo brakuje mu 80 „operatorów łopaty” przy budowie terminalu w Hrebennem — i nie ma ich skąd wziąć! Umówił się z inwestorem, za plecami urzędu pracy, że dostarczy na budowę 145 „swoich” bezrobotnych. Plan był prosty i pewny: w gminie jest mnóstwo ludzi bez pracy, a inwestycji — niewiele. Ta w Hrebennem spadła jak manna z nieba. Po co zatrudniać ludzi z Zamościa czy Tomaszowa, skoro w samej Lubyczy znajdą się chętni? — rozumował troskliwy wójt. Przeliczył się.

— Ta historia z przejściem w Hrebennem... Jako wójtowi zależało mi, by bezrobotni z mojej gminy mieli pracę... I co się stało? Ci na zasiłkach, o których sądziłem, że z wdzięcznością przyjmą taką robotę, nawet nie kiwnęli palcem... Odmówili! Po prostu! Więc ja się pytam, gdzie to bezrobocie! – dziwi się Sławomir Jasiński.

— Bo u nas — jak w „Kiepskich”. Jak ja mówię człowiekowi, co żyje z zasiłku, że znalazłem dla niego robotę i żeby nazajutrz stawił się do pracy, to on mnie pyta: „za jaką karę”. Dla wielu bezrobotnych praca to „kara”, bo jakoś im się żyje i bez niej — tyle że na koszt państwa — dorzuca gorzko Zbigniew Szułaj, zastępca wójta Lubyczy.

Zdaniem wójta Jasińskiego wszystkiemu winne są zasiłki dla bezrobotnych. Mówi brutalnie, ale szczerze: państwo faworyzuje rodziny wielodzietne, fundując im takie zasiłki, że nikomu nie opłacałoby się pracować. Przesada?

— Państwo zbytnio rozpieszcza ludzi bez pracy utrzymując preferencyjny system zasiłków. Zastanawiałem się, dlaczego ludzie nie chcieli pracować przy budowie terminalu... Czysta rachuba! Jak ktoś ma zarobić na budowie 800 zł „do ręki” i straci 1-2 świadczenia w sumie na 400–500 zł, to na czysto zarobi 400 zł. Każdy tak sobie porachuje — i dojdzie do wniosku, że za takie pieniądze to mu się nie opłaca nawet ruszyć z domu. W takiej rodzinie, co to powyżej 1000 zł świadczeń dostaje, to we dwoje z żoną tyle nie zarobią. Nauczycielka z naszej szkoły opowiedziała mi, dlaczego niektóre dzieci nie mają podręczników szkolnych, choć rok szkolny dawno się zaczął. Bo choć ich rodzice mogliby je kupić, bo praca jest — czekają, aż zrobi to za nich pomoc społeczna. Ludzie przyzwyczajają się do zasiłków. Im dłużej żyją za państwowe pieniądze, tym trudniej im się z nimi rozstać i samemu zarobić — mówi Jasiński.

Z trudem udaje mu się znaleźć ludzi do prac interwencyjnych, za które płaci ludziom z kasy gminy — np.: do czyszczenia ulic, odśnieżania, kopania lub czyszczenia rowów melioracyjnych. Po tygodniu, dwóch, połowa rezygnuje. Za ciężko. Jego zastępca Szułaj, znowu wyjeżdża z filmową analogią:

— Jak w tej „Arizonie”. Dostają zasiłki i je przepijają, czasem żyją z renty ojca i matki — i takie życie im wystarczy, o niczym innym nie marzą — mówi Szułaj.

Można pomyśleć, że w Lubyczy i innych gminach na wschodzie Polski to sami bezrobotni są przyczyną bezrobocia. Przynajmniej aż w takiej skali. Według Jasińskiego, powód leży głównie w przepisach i procedurach, czasem w braku wyobraźni urzędników.

— Jeżeli nawet ja tych bezrobotnych jakoś zachęcę do pracy — to co z tego, skoro za późno dostaję pieniądze na prace interwencyjne. Najlepszy okres do kopania, czy sprzątania to wiosna i lato, a pieniądze przychodzą na jesień, gdy plucha i zimno i nawet psa z kulawą nogą nie zagonisz do roboty. W lutym złożyłem wniosek o środki na naprawę dachu, a dostałem je na jesieni. Urzędnicy nie mają wyobraźni... — skarży się Jasiński.

O stażystach może rozmawiać godzinami. To też go uwiera, bo mógłby ich zatrudnić, co najmniej kilku i to na rok, ze dwóch w szkole, jednego w bibliotece, u siebie w urzędzie — też jednego lub dwóch. Ale nie — przepisy się zmieniły.

— Kiedyś stażystę mogłem od ręki zatrudnić i to na rok. Teraz urzędy pracy rzucają pod nogi kłody. Wymyślili szkolenia, przepisy wewnętrzne... Taki młody chłopak wie, że chcę go zatrudnić na staż, idzie do biura pracy i mówi, że znalazł pracę, ale słyszy, że nie może jej podjąć, bo potrzebne szkolenie. Ale szkoleń teraz nie ma, może będą później... No i patowa sytuacja — opowiada Jasiński. Czy samorządowcy dostali jakieś pieniądze z Unii na walkę z bezrobociem? Twierdzą, że na razie „brukselki” nie widzieli.

— Jeżeli nawet takie pieniądze są, do nas nie idą, lecz do powiatu, a stamtąd — do nas. Tyle że na razie nic nie trafiło. Ja myślę, że te całe fundusze unijne na bezrobocie to do miast trafiają, nie na wieś — mówi Szułaj.

Król w stolicy

„Według wicepremiera Hausnera w 2005 r. liczba bezrobotnych spadnie do 2,5 mln, stopa bezrobocia osiągnie poziom poniżej 17 proc. a ogólny spadek liczby bezrobotnych wyniesie 500 tys. Jeżeli tak się stanie, to rok 2005 będzie rokiem odczuwalnej poprawy sytuacji na rynku pracy. Zejście poniżej 2 mln bezrobotnych będzie możliwe już w roku 2006, a standardy europejskie możemy osiągnąć w roku 2008” — można przeczytać na internetowych stronach Ministerstwa Gospodarki.

Ale ani olsztyńscy przedsiębiorcy, ani wójtowie Bartoszyc i Lubyczy Królewskiej nie cieszą się z tych dobrych nowin. Dlaczego? Bo u nich wciąż niewiele się zmienia.

— Może w Warszawie mają dobre chęci, ale nie zawsze to, co w stolicy wydaje się mądrym pomysłem, u nas na wsi musi się sprawdzić. Dawniej, jak król chciał zobaczyć, jak się żyje jego poddanym, przebierał się w łachmany i wędrował wśród ludu. Potem wiedział, co robić — dodaje Ciechomski. Ministra Hausnera nie widzieli ani w Bartoszycach, ani w Lubyczy. Raz ponoć przejeżdżał przez Olsztyn... Dlatego zapewne w rządowej strategii walki z bezrobociem w takich okolicach jak Bartoszyce czy Olsztyn, niewiele jest konkretów, za to dużo optymizmu.

Tego jednak ludziom — mimo wszystko — tu nie brakuje.