Bilety NBP? Nie zbieram

Karol JedlińskiKarol Jedliński
opublikowano: 2013-06-27 00:00

Maciej Kaczmarski, twórca m.in. Krajowego Rejestru Długów, potomek rosyjskiej carycy, z życia czerpie łyżkami. W biznesie zerka na Niemcy, bo w Polsce zagarnął już wszystko, co było do wzięcia.

Pierwsza połowa lat 80., środek upalnego lata, obwodnica jednego z wielkich francuskich miast. Za kierownicą ciężarowego volvo na niemieckich numerach siedzi dobrze zbudowany młodzieniec o słowiańskich rysach. Cechy szczególne: bujna czupryna, elegancki ubiór — żadnych klapek ani przepoconego podkoszulka. Ale spanie w kabinie i hot dog na stacji benzynowej to dla niego codzienność. Jednak ani myśli się do niej przyzwyczajać.

Maciej Kaczmarski (FOT. MW)
Maciej Kaczmarski (FOT. MW)
None
None

— Od dziecka miałem marzenie i plan, żeby zostać bogatym facetem i nie pracować na akord. Wiadomo było, że ciężarówka to jedynie etap przejściowy — tłumaczy Maciej Kaczmarski, rozsiadając się w miękkim pikowanym fotelu.

Kominek w kabinie

Siedzimy w imponującym gabinecie prezesa w biurowcu Kaczmarskiego na obrzeżach Wrocławia. Imponująca przestrzeń, odcienie bieli i beżu, sowy na sztukateriach (ten ptak jest w logo jego firm), kominek. Sala konferencyjna, jadalnia na dwadzieścia osób, taras z szałowym widokiem, a na szafkach miniatury luksusowych samochodów i samolotów. Oryginały stoją w hangarach i garażach. Ni w ząb nie czuć atmosfery dusznej kabiny volvo.

— Jako kierowca zarabiałem świetne pieniądze i wbrew pozorom prowadziłem ciekawe kawalerskie życie. Ale to trwało tylko dwa lata. Bo miałem plan, wizję i dzięki temu nie spotykamy się w kabinie, lecz gabinecie — opowiada twórca m.in. Krajowego Rejestru Długów (KRD) i firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso, zatrudniających niemal 900 osób. W zeszłym roku spółki z grupy Kaczmarskiego, znanego m.in. z programu telewizyjnego Dragon’s Den, miały 130 mln zł przychodów i około 30 mln zł zysku. I to mimo dziesiątków milionów inwestycji. W tym roku wyniki będą lepsze o kilkanaście procent. Ale złote czasy mają nadejść, gdy wrocławski biznesmen wróci do Niemiec. Tylko tym razem nie nadjedzie tirem, lecz elegancką limuzyną z kierowcą. I tak jak kiedyś stawi czoła lokalnym graczom — tym razem na rynku informacji gospodarczej.

Ojciec nie dzik

Wielu ludziom windykacja z początków lat 90. kojarzy się ze scenami z „Młodych Wilków” — wykręcimy rączki, szepniemy słówko, wyczyścimy kieszonki. W przypadku Macieja Kaczmarskiego ten scenariusz wyglądał i wygląda inaczej — przedsiębiorca do dziś jest symbolem nowoczesnej windykacji, w której odzyskiwanie długów odbywa się z poszanowaniem prawa. Żadne diabelskie sztuczki nie wchodzą w grę. Jeśli już, to bardziej z niego anioł. Biznesowy, bo ostatnimi czasy inwestuje w start-upy wypatrzone w Dragon’s Den.

— W windykacji zawsze stawiałem na cywilizowane metody, niemiecką precyzję i rzetelność. Dzięki temu moja firma przetrwała. Poza tym powiedzmy sobie szczerze: mogę o sobie mówić per ojciec cywilizowanej windykacji w Polsce — mówi o sobie Maciej Kaczmarski.

Gdy w 1992 r. po dekadzie spędzonej w Niemczech wracał do Wrocławia, nie myślał o jakiejś sprytnej prywatyzacji, układach w dzikim kapitalizmie czy spekulacyjnych inwestycjach. Na Zachodzie zobaczył, jak potrzebna i rentowna jest windykacja i jak procentuje uczciwa praca w tej branży. Taka cywilizowana, w białych rękawiczkach. A białe rękawiczki nie oznaczają tu cichej zbrodni, lecz postawienia sprawy jasno: Kaczmarski Inkasso nie wchodził w windykowanie szpitali czy szkół, nie oddawał zleceń komornikom skarbowym, których nasłać można było dzięki pieczątce z banku na tytule egzekucyjnym.

— W takim modelu dłużnik nie miał żadnych praw, to było dzikie — uważa twórca KRD i kolejny raz przypomina, że od początku stawiał na windykację z poszanowaniem praw dłużnika. Poszanowanie oznaczało działanie wbrew ówczesnym obyczajom — dzisiaj wezwanie do zapłaty, negocjacje to powszechny standard. Komornik? Owszem, ale na drodze postępowania sądowego, a nie szybkiego rach-ciach w banku.

Grimm z HGW

Gdy opowiadał o swoich planach znajomym w Polsce, widział ironiczne uśmiechy, grymasy powątpiewania. O — dorobił się facet na saksach i mu bracia Grimm, znani z banknotu o nominale 1000 marek, pomieszali bajkami w głowie. Pewnego dnia okazało się jednak, że to on miał rację: Hanna Gronkiewicz-Waltz, ówczesna szefowa NBP, zakazała dzikich bankowych praktyk windykacyjnych. To był dzień, w którym różnokolorowe papierki o wysokich nominałach z podpisem Gronkiewicz-Waltz zaczęły płynąć do Kaczmarski Inkasso szerszym strumieniem. Właśnie opłaciło się postawienie na wizję rynku, zamiast chodzenia na skróty.

— Zostałem wtedy na rynku praktycznie sam. Na prowizji od windykowanych należności dojechaliśmy do 2003 r., gdy weszła w życie ustawa o biurach informacji gospodarczej, regulująca działalność takich firm jak Krajowy Rejestr Długów. Tu też byłem gotowy, zanim reszta stawki się otrząsnęła — uśmiecha się Kaczmarski. Wszystko pięknie, tylko zanim wrocławianin „dojechał” do KRD, kilkakrotnie nieomal wypadł z zakrętu i to także na niemieckich autostradach. Przez co? Paradoks — przez zaległości płatnicze kontrahentów.

Kelner z odkurzaczem

Na początku było tak: volvo jeździł po Europie, by odłożyć na ciągniki ciężarowe DAF („tańsze i oszczędniejsze”). Kupił jeden, potem dwa, skończył na sześciu plus kilkanaście pojazdów od współpracujących firm.

— Biznes w Niemczech nie był pasmem sukcesów. Było i tak, że przez kilka miesięcy pracowaliśmy z żoną w knajpie, by dorobić na pensje dla niemieckiej załogi. Właściciel restauracji nieco się dziwił, że pracownicy podjeżdżają lepszymi samochodami niż jego. Ale co mieliśmy robić, skoro kontrahenci nie płacili nam w terminie? Kelnerowanie Kaczmarskich miało miejsce w Essen, 890 kilometrów od Wrocławia, do którego wpadał na weekendy. Wpadać miał czym, bo chłopak, który kilka lat wcześniej pojechał do Niemiec przypadkiem („z kolegą, odkurzacz znajomej zawieźć”), miał już pięknego mercedesa i paszport konsularny w kieszeni. Jego firma woziła ładunki z Polski do Europy, korzystała z tego, że polscy przewoźnicy wciąż nie mogli jeździć na Zachód.

— Prowadziłem wygodne życie, zarabiałem pierwszorzędnie do czasu, aż obudziłem się pewnego pięknego dnia roku 1989. Wtedy usłyszałem, że weszły w życie przepisy uwalniające przewozy dla Polaków. Zrozumiałem, że z obecnym biznesem jestem już bankrutem, kierowcy z Polski mieli stawki o więcej niż połowę niższe. Co prawda jeszcze przez dwa lata miałem wysokie zyski z transportu do byłego NRD, ale i tu konkurencja w końcu mnie dopadła. Nie miałem ochoty na walkę o każdy ładunek, za wszelką cenę. Sprzedałem, co miałem, i wróciłem do Wrocławia już z żoną Małgorzatą i synkiem Martinem — wspomina Kaczmarski.

Marian Owerko, prezes Bakallandu, który wrocławianina poznał kilka lat temu i z którym zaprzyjaźnił się m.in. na planie Dragon’s Den, uważa, że powrót Kaczmarskiego do kraju był zapewne kolejnym przejawem talentu, jakim obdarzony jest wrocławski przedsiębiorca. To umiejętność szybkiego wyczucia potencjalnej porażki, coś, co wyróżnia Macieja Kaczmarskiego na tle innych biznesmenów.

— Błyskawicznie wyczuwa słabość projektu, ma dar sprawnego podejmowania decyzji w takich sytuacjach. To oszczędza jego czas i środki, które inaczej przeznaczyłby na brnięcie w problemy i porażki — ocenia Marian Owerko.

Filia na 70 papierów

Z Niemiec przyszły twórca KRD przywiózł nie tylko pieniądze. Wrócił także z czymś, czego się nie da kupić — z biznesowym otrzaskaniem, pewnością siebie. W końcu poradził sobie na jednym z najbardziej konkurencyjnych rynków na świecie. Do Polski przyjechał szybkim mercedesem i z szybkim planem na biznes: 70 banknotów z braćmi Grimm miało wystarczyć na rozhulanie biznesu, opartego na współpracy z jednym z tamtejszych liderów windykacji, firmą Bürgel (dziś to część Allianz Group). Jeszcze w Niemczech Kaczmarski korzystał z jej usług i, jak to on, zaprzyjaźnił się w właścicielem. Postanowili, że Kaczmarski otworzy polską filię Bürgel.

— Mieliśmy w założeniu pomagać Polakom i polskim firmom mającym problem z płatnościami w Niemczech. Klientów było sporo, jednak na pierwsze poważne pieniądze musieliśmy długo czekać. Przed Wigilią 1992 r. stwierdziłem, że wydaliśmy wszystkie pieniądze na marketing, biuro, klientów i jeśli nie dostaniemy wreszcie zastrzyku gotówki w postaci zaległej prowizji, to będzie cienko — wspomina przedsiębiorca. Wtedy kolejny raz przydało się wsparcie żony, ale i pieniądze, które jednak doszły. A wraz z nimi kolejne zlecenia, także z rynku polskiego, który przez pomyłkę otworzył dla Kaczmarskich niemiecki konsul.

— Podczas przyjęcia rozmawiałem z konsulem o naszym modelu biznesu. Konsul mnie źle zrozumiał i wkrótce podesłał mi niemieckich przedsiębiorców mających dłużników w Polsce. Czyli mieliśmy robić coś zupełnie odwrotnego niż dotychczas — śmieje się wrocławianin. Trzeba było, to zrobił. Zleceń przybywało lawinowo, po kilku latach Kaczmarski Bürgel Inkasso (tego słowa używają niemieccy windykatorzy ściągający gotówkę) miał oddziały w całej Polsce. Kaczmarski postanowił się usamodzielnić, zrezygnował ze spółki z partnerem zza Odry. Gotówkę inwestował w firmę, wybudował jej siedzibę, ale nie zapominał o sobie. Bo kto mu zabroni lubić piękne rzeczy i wygodne życie?

Co Krawczyk śpiewał

Pytany o swoje podejście do spraw materialnych ma w odpowiedzi trzy bon moty:

— Nie mam zacięcia do zbierania. Biletów Narodowego Banku Polskiego nie zbieram.

— Krawczyk śpiewał: życie jest za krótkie, żeby pić marne wino. A trzeci? Na końcu tekstu. A na boku i tak prezes prosi, żeby nie rozpisywać się o choćby części inwentarza w jego garażu. Stoją tam m.in. Rolls Royce Ghost („nie wiem, ile ma koni, mówią, że wystarczy i wystarcza”), Maybach, taki w wersji naprawdę najdroższej na świecie („ostatnio cztery dni jeździliśmy i żadna lampka kontrolna się nie zaświeciła, nic się nie zepsuło — super”) i szybkie Mercedesy („niedługo wychodzi nowy model”). Mało też mówi o samolotach („odrzutowy jest tylko jeden”), za to więcej o domu marzeń, którego budowę ukończył w zeszłym roku. Stoi w jednej z podwrocławskich wsi i imponuje wysmakowaną bryłą i rozmiarami. Otaczają go lasy i staw z kaczkami. Tu wraz z żoną Małgorzatą mają swój azyl.

— Te kaczki sam wybierałem. Wiecie, ile jest gatunków ptaków spokrewnionych z kaczką? Mrowie — tłumaczy, zajadając stek z restauracji, jaką otworzył w siedzibie swoich spółek. Nie tak dawno skończył jej rozbudowę, pojawiły się dwie przeszklone windy, monitory z informacjami z życia firmy, no i coś, co robi wrażenie na każdym: wodospad.

Podpatrzone u Trumpa

Wodospad to żaden tam pretensjonalny skalniaczek, tylko konstrukcja, która ma niemal dwadzieścia metrów wysokości i siedem szerokości. To metalowa siatka, po której w finezyjny sposób spływa woda. Można zmieniać kolor podświetlenia cieczy i tempo jej spadania. Cudo.

— Największa konstrukcja tego typu w Polsce, być może i w Europie. Gdzie podpatrzyłem takie coś? W nowojorskiej Trump Tower jest coś podobnego. No, może nieco większego — uśmiecha się biznesmen i zaprasza na poziom podziemny. Tam, zamiast garaży, imponująca serwerownia z wodoszczelnymi drzwiami, wprost wyjętymi z amerykańskich lotniskowców.

— To serce firmy, tu są wszystkie dane z KRD, które muszą być cały czas dostępne dla kilkunastu tysięcy naszych klientów — zaznaczaMaciej Kaczmarski, tłumacząc zarazem, dlaczego infrastruktura IT kosztowała w sumie z 10 mln zł. Jego współpracownicy wiedzą, że nie uznaje półśrodków, nigdy na nich dobrze nie wyszedł. Jak robić, jak kupować, to najlepsze.

— Pamiętam, jak jego syn złapał — po ojcu — rajdowego bakcyla. Maciek zastanawiał się, kto mógłby juniora uczyć szybkiej jazdy. Wyszło mu, że Krzysztof Hołowczyc. Kilka dni później „Hołek” trenował Marcina — opowiada Marian Owerko.

Magia konsula

Skoro w duszy Kaczmarskiemu gra dyktat najlepszego, takie też jest jego najbardziej rentowne biznesowe dziecko. Krajowy Rejestr Długów — przyznacie państwo, że już sama nazwa to marketingowy majstersztyk. Co miesiąc przedsiębiorcy, koncerny i osoby fizyczne zgłaszają do niego ponad 7 tys. dłużników, 70 proc. z nich płaci w ciągu kilku miesięcy. Bo być w KRD, to upierdliwa sprawa. Używają go wszystkie banki, telekomy, kontrahenci — płacą za to, by na żywo, jak w TVN24, widzieć, kto „wisi” i ile. A jeszcze w ślad za wpisem swoje działania rozpoczyna Kaczmarski Inkasso, no i zaczyna się magia. Nagle ci, którzy od miesięcy zarzekali się, że nie mają grosza przy duszy, płacą bez płaczu. KRD ma 90 proc. rynku biur informacji gospodarczej.

— No przyzna pan sam, gdyby to był oszukańczy proceder, jedynie marketingowy trik, to by to przez 10 lat rok do roku nie pęczniało, nie? — pyta retorycznie twórca KRD, pełniący także rolę honorowego konsula Słowacji. Dzięki temu ma nie tylko naklejkę CC na limuzynie, ale przede wszystkim otwiera biznes w kraju, który ma być balonem doświadczalnym przed podbojem Niemiec. Oddział w Żylinie to przystanek przed rzuceniem rękawicy staremu dobremu znajomemu — Bürgelowi i jego niemieckim konkurentom.

— Wiem, że tam jest rynkowa luka, rozumiem i akceptuję tamtejszą mentalność. Niemcy mają swoje stare przyzwyczajenia, powalczyć możemy o to, żeby ich przekonać, że pewne sprawy można przedstawić inaczej, niż to robią liderzy tamtejszej branży. Teraz oni chcą wepchnąć klientowi jak najwięcej kartek papieru z jak największą liczbą niepotwierdzonych informacji. Kasują za to krocie. A my chcemy dać prostą, ale jakże potrzebną informację, w 100 proc. pewną. Czy dana osoba, podmiot zalega z płatnościami, czy nie. A jeśli zalega, to ile. Kropka — opowiada Kaczmarski.

Celica, caryca, brunello

Przedsiębiorca nie ukrywa, że bezpośrednie zarządzanie, egzekucja celów to niekoniecznie jego żywioł. On woli snuć wizje, nadawać kierunek. Chciałby tak jeszcze przez dwa lata nastawiać KRD na nowe tory i potem znów mieć kilka lat spokoju. Liczy na syna, który szykowany jest na następcę. Junior na razie zamiast zasiadać za sterami firmy, woli ścigać się swoją toyotą hilux. Tu z genami się nie wygra, w końcu Kaczmarski senior (w tym roku stuknie mu pięćdziesiątka) swoje w rajdach wyjeździł. Nawet w Mistrzostwach Polski szałową toyotą celicą niegdyś startował. Miał jakieś wyniki?

— Żadne. Traktowałem to jako świetną zabawę, okazję do spotkania się z towarzystwem, lubiłem patrzeć, jak chłopaki dłubią w silniku, i prowadzić z nimi fachowe dyskusje. A na mniej ciekawe odcinki rajdów po prostu nie jeździłem — przyznaje. Dziś przesiadł się do aut terenowych i na rajdach świat nieco wolniej miga mu za szybą. Co nie znaczy, że frajda jest mniejsza. Wciąż brakuje mu za to czasu na nobliwego golfa, a ma przecież czym błysnąć na polu. Nie chodzi tylko o imponujący swing, ale bardziej o pochodzenie — genealodzy doszukali się w Kaczmarskim potomka... Maryny Mniszchówny, carycy Rosji, skoligaconego z kilkunastoma zacnymi rodami.

— Praprapracioteczka została carycą w przeskomplikowanych okolicznościach, w okresie rosyjskiej Wielkiej Smuty. Jej ojciec był na tyle sprawny, że zdołał wydać córkę za Dymitra Samozwańca — tłumaczy biznesmen, odsłaniając swoje historyczne zacięcie, o którym uwielbia rozprawiać przy kieliszku wina (najlepiej brunello). I stąd już tylko krótka droga do konstatacji, że skoro praprapradziad córkę na moskiewski tron wsadził, to on miałby firmy w Berlinie nie usadowić? Usadowi i nie będzie na to żałował pieniędzy. Trzecie jego motto brzmi przecież: w trumnie nie ma kieszeni.

Możesz zainteresować się również: