Biznesowi nie po drodze z bredniami

Na rynku szkoleniowym nie brakuje nieudaczników, oszołomów i szarlatanów. Jak znaleźć skutecznego trenera?

W latach 20. ubiegłego wieku praktyka i edukacja medyczna w USA pozostawiały wiele do życzenia.

WAŻNE:
Zobacz więcej

WAŻNE:

Nie można tak samo traktować wszystkich szkoleniowców, doradców i coachów. Wielu wykonuje naprawdę dobrą i potrzebną pracę — mówi Rafał Żak, trener i i autor książek „Rozwój osobisty” i „Nie myśl, że NLP zniknie”. Marek Wiśniewski

Każdy mógł leczyć, bo nie były wymagane wykształcenie, dyplomy i zezwolenia. Powszechnie handlowano „lekarstwami” o wątpliwej skuteczności.

Choć nie brakowało wspaniałych lekarzy i farmaceutów, dużą część rynku opanowali szarlatani i znachorzy. Wynikało to m.in. z tego, że działało wiele prywatnych szkół medycznych, nastawionych głównie na zysk, w których interesie nie leżało ani podnoszenie poziomu nauki, ani ocena dokonań ich absolwentów.

Kres tej samowolce i chaosowi postanowiła położyć wspierająca amerykańską oświatę Fundacja Carnegiego — w jej imieniu szanowany pedagog Abraham Flexner zbadał sytuację w akademiach medycznych. Efektem jego analiz był opublikowany w 1910 r. raport, który spowodował zamknięcie jednej trzeciej tych placówek, wprowadzenie oficjalnych wymogów dla chcących wykonywać zawód lekarza i stworzenie naukowych podstaw działania służby zdrowia. Czy nie przypomina nam to obecnej sytuacji w branży trenerskiej?

Do zawodu wchodzą osoby bez odpowiedniego przygotowania, certyfikatów i doświadczenia. Daje to marną jakość — jeśli nie szkodliwość — wielu szkoleń motywacyjnych i z umiejętności miękkich. Wystarczy dobrze wyglądać, być dostatecznie wygadanym i mieć dar przekonywania, by uchodzić za autorytet biznesowy. Słuchacze bezkrytycznie przyjmują zapewnienia tych guru, że żyją i pracują poniżej swoich możliwości, a ich dochody, stanowiska i samochody służbowe są ledwie cieniem tego, na co zasługują. Trzeba więc stworzyć najlepszą wersję samego siebie dzięki prostym sztuczkom samopomocowym — od pozytywnego myślenia do wizualizacji, od afirmacji do NLP, od medytacji transcendentalnej do chodzenia po węglach.

HR-owiec wie lepiej

Tomasz Witkowski i Sławomir Jamruż, szefowie wrocławskiej firmy szkoleniowej Moderator i autorzy książki „Podręcznik trenera”, przyczynę niskiego poziomu niektórych szkoleń upatrują m.in. w pochodzeniu trenerów. W pierwszej połowie lat 90. wielu psychologów klinicznych, skuszonychprestiżem i atrakcyjnymi zarobkami, przedzierzgnęło się w psychologów biznesu. Metody, które zdawały egzamin w pracy z pacjentami, zaczęli stosować jako doradcy personalni, trenerzy i coachowie. Tyle że jakość merytoryczna tych narzędzi często nie szła w parze z ich przydatnością na rynku pracy, w marketingu lub zarządzaniu. Wskazane było rozwijanie, adaptowanie, a niekiedy tworzenie od zera pewnych technik. To jednak oznaczało naukę, wysiłek i samorozwój.

Odświeżanie swojego warsztatu. A wiadomo, że najłatwiej ciągle sięgać po te same sprawdzone metody. Jakość szkoleń realizowanych w korporacjach — dla pracownika, specjalisty czy menedżera — jest i tak o niebo lepsza od oferty kursów otwartych dla zwykłego Kowalskiego — to natomiast pogląd Rafała Żaka, trenera, coacha, mówcy i autora bestsellerowych książek „153 sceny filmowe z życia korporacji”, „Rozwój osobisty. Instrukcja obsługi” i „Nie myśl, że NLP zniknie”. Wyższość biznesowych programów tłumaczy tak: szkolenia wybierają HR-owcy, którzy mają większe doświadczenie w tej dziedzinie. Interesują ich tylko pożyteczne zajęcia, czyli takie, które mają merytoryczną wartość, służą rozwojowi zatrudnionych, a nie tylko wprowadzają ich w stan euforii. Co więcej — duże firmy próbują oceniać zwrot z edukacyjnej inwestycji, choć jednym wychodzi to lepiej, a drugim gorzej.

— Krytyka rynku szkoleniowego, choć potrzebna, nierzadko idzie w niebezpiecznym kierunku — odrzucania wszystkiego, co wiąże się z rozwojem osobistym lub zawodowym, przez co rykoszetem obrywają ci przedstawiciele branży, którzy przykładają się do swojej pracy i przekazują tylko te informacje i rady, które mają umocowanie w nauce — uważa Rafał Żak.

Raz sceptycy na cel biorą coacha, innym razem — trenera, jeszcze innym — psychologa biznesu. Kończy się to np. tym, że rzetelni reprezentanci sektora szkoleniowego nie wiedzą, co pisać na swoich wizytówkach, i przestają być dumni ze swojego fachu. — Jeden z moich przyjaciół etykietę „psycholog biznesu” zamienił kiedyś na nazwę „coach”. Ostatnio jednak wrócił do pierwotnego określenia, bo od pewnego czasu brzmi ono poważniej, lepiej i wzbudza mniej kontrowersji — opowiada Rafał Żak.

Zły jest zarówno brak krytyki, jak i jej nadmiar — zgadza się z tym również Krzysztof Sarnecki, który realizuje się w wielu rolach: zawodowego negocjatora, konsultanta strategicznego, przedsiębiorcy i prezesa Quest Change Managers. Tym bardziej nie wyobraża sobie, by nie mógł się dzielić swoją wiedzą na szkoleniach, konferencjach i kongresach. Twierdzi, że bez trenerów i mówców ludziom biznesu trudniej byłoby się rozwijać.

— Weźmy za przykład negocjacje — statystyczny biznesmen z 20-letnim doświadczeniem i sukcesami w prowadzeniu firmy nie ma na tym polu zawodowej wiedzy. Kiedy — używając nomenklatury sztuk walki — zdobywa choćby żółty pas w tej dziedzinie, postęp widać od razu, a jego reakcją jest poczucie straconego czasu: „Dlaczego ja tego nie wiedziałem wcześniej? Ile mnie brak tej wiedzy kosztował?!”. Mało który negocjacyjny nowicjusz był w stanie sobie wyobrazić, ile dadzą mu dobre szkolenia rozwijające umiejętności w tym kierunku — zapewnia Krzysztof Sarnecki.

Oddzielić ziarno od plew

Trudno oczyścić sektor szkoleń z nieudolnych lub nierzetelnych trenerów. Łatwiej zaangażować szkoleniowca, który zna się na rzeczy i nie psuje opinii branży. Rafał Żak podaje trzy pytania, które powinniśmy sobie zadać przy wyborze takiego fachmana. Pierwsze — kto do mnie mówi? Czy to osoba, która ledwie skończyła studia, czy specjalista, który rzeczywiście zna się na biznesie? Czy to aby nie ktoś, kto zachwala nową, rewolucyjną technikę lub narzędzie i na tym zarabia, a tym samym bardziej zasługuje na miano sprzedawcy niż trenera? Drugie — jak bardzo kategoryczne są sądy, które wydaje szkoleniowiec? Najlepiej unikać ofert: „Zmienisz swoje życie”, „Wymyślisz siebie na nowo”, „To działa zawsze i na każdego”. Proste rozwiązanie skomplikowanych problemów zdarza się niezwykle rzadko. Trzecie — czy to, co profesjonalny mówca, doradca, coach wypowiada w euforii, ma potwierdzenie w badaniach, nauce?

— Dobrą metodą weryfikacyjną są również polecenia — przy czym niekoniecznie chodzi o rekomendacje na piśmie, raczej o to, co się mówi na prywatnych spotkaniach, w gronie znajomych z branży — dodaje Rafał Żak.

Dużo zależy też od celu szkolenia, potrzeb firmy i zespołu. Jeśli chcemy wzmocnić morale, nie szukajmy biurowego fachowca z dyplomami, lecz pokrytego kurzem weterana z centrum obsługi klienta. Jeżeli wprowadzamy przedsiębiorstwo na międzynarodowe rynki, upewnijmy się, że trener zna się na różnicach kulturowych i pracował za granicą. A jeśli zależy nam, by podwładni umieli wspólnie pracować, rozmawiać i szukać rozwiązań dla klienta, zatrudnijmy analityka relacji międzyludzkich, który z pamięci cytuje słownik psychologii. Dzięki temu menedżer zawsze będzie wygrany, pracownicy zdobędą nowe umiejętności i wiedzę, a firma odniesie korzyści. Przecież o to chodzi w biznesie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu