Bliżej wcale nie znaczy szybciej

opublikowano: 27-03-2014, 00:00

USA uważają się za partnera silniejszego od UE i oczekują przede wszystkim otwarcia naszego rynku dla nieskrępowanego zalewu ich towarów

Decydując się na zabór Krymu, prezydent Władimir Putin postawił na umocnienie swojej pozycji wewnętrznej, poświęcając międzynarodową. Niedawno otwierając igrzyska w Soczi, zasadnie czuł się królem świata, a obecnie w relacjach globalnych został czarną owcą, bardzo celnie trafioną wyrzuceniem Rosji z G8. W tej sprawie uruchomił starego kumpla Silvio Berlusconiego, który obwieścił, że to… wielki błąd Zachodu. Trudno powiedzieć, czy Rosja kiedykolwiek powróci choćby do przedsionka zmniejszonej G7. W kategoriach prestiżowych pozostaje jej czekanie na rok 2018, gdy na miesiąc stanie się centrum świata dzięki piłkarskiemu Mundialowi, wszak FIFA nie zabierze jej turnieju z powodu jakiegoś tam Krymu.

Dramat Ukrainy na pewno zwrócił ku sobie z nową mocą Unię Europejską i Stany Zjednoczone. To znaczy — w relacjach militarnych przez ocean formalnie nic się nie zmieniło, wszak 4 kwietnia Organizacja Sojuszu Północnoatlantyckiego (NATO) będzie dumnie obchodziła 65-lecie, a jej wspaniała nowa siedziba w Brukseli weszła w fazę wykończeniową. Ale jeszcze niedawno nad Atlantykiem bardzo mocno zgrzytało, za sprawą amerykańskich podsłuchów Narodowej Agencji Bezpieczeństwa (NSA). Notabene przy tej okazji Władimir Putin niezwykle inteligentnie rozgrywał sprawę informatyka Edwarda Snowdena, któremu udzielił azylu — ku oburzeniu amerykańskiej opinii publicznej, a przy powszechnej aprobacie europejskiej.

Wątkowi energetycznemu środowego szczytu unijno-amerykańskiego w Brukseli poświęcamy materiał na stronach 8-9. W tym komentarzu odnoszę się zatem ogólnie do negocjowanej z mozołem od ubiegłego roku umowy regulującej Transatlantyckie Partnerstwo Handlowe i Inwestycje (TTIP). Wbrew obiegowym opiniom nie chodzi w niej głównie i jedynie o stawki celne. USA w swoim mniemaniu uważają się za partnera silniejszego od UE i oczekują przede wszystkim otwarcia naszego rynku dla nieskrępowanego zalewu ich towarów. Tak samo zresztą traktowały kiedyś swoich sąsiadów na kontynencie przy umowie NAFTA, a obecnie traktują obszar Pacyfiku w negocjacjach umowy TPP, podobnej do atlantyckiej. Dlatego wspólne sankcje USA i UE wobec Rosji oraz ciepłe słowa i uśmiechy przywódców na brukselskim szczycie absolutnie nie przyspieszą TTIP. W milionie jej szczegółów tkwi nie pojedynczy diabeł, lecz cała piekielna armia.

Stanom nie podoba się bardzo wiele zasad funkcjonowania UE, których nigdy nie wprowadzą we własnej gospodarce. Na przykład — najróżniejsze subwencje, takie jak wspólna polityka rolna, będąca przecież unijną opoką, a także kwotowanie produkcji czy handlu w drażliwych branżach. Bardzo trudnym i spornym obszarem pozostaje cały sektor własności intelektualnej. Z jednej strony — wróci otwierająca po naszej stronie oceanu przysłowiowy nóż w kieszeni sprawa ACTA, a z drugiej — Europa nie zechce się poddać zalewowi ogłupiającej amerykańskiej sieczki w przemyśle rozrywkowym. Notabene w Polsce ożywiły się nadzieje, że może do umowy TTIP zostanie wmontowany wątek swobodnego przepływu ludzi i w takim całościowym pakiecie zostaną wreszcie zniesione obowiązujące nas wizy. O, święta naiwności… Czytaj też str. 8-9

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane