Broszki roją się w portfolio

opublikowano: 15-09-2016, 22:00

Chcąc zarobić na perłach, można zacząć od broszki. A jak broszki się opatrzą — sięgnąć po sznur

Perły to nie moja broszka — powiedziałby inwestor. Ale tylko taki, który jeszcze nie wie, ile na odpowiedniej broszce z pereł można w dłuższym horyzoncie zarobić. Takich kolekcjonerskich nie trzeba w dodatku mieć na każdy dzień, bo wystarczy jedna, ale wystarczająco szlachetna. Zamiast przypinać do wyłogów marynarki, można ją właściwie schować do szuflady — ważne, żeby wiedzieć, jak wybierać, bo na rynku pereł nietrudno o sznury jasnych kuleczek, ale inwestor szuka w końcu bezpiecznych aktywów, a nie ładnych koralików.

Spodziewana cena broszki ze sporą hodowlaną perłą dochodzi do 27 tys. zł, ale gdyby ozdoba miała zupełnie prostą formę, jej cena mogłaby być tak wysoka prawdopodobnie tylko przy użyciu perły naturalnej.
Zobacz więcej

CZARNE ŁABĘDZIE:

Spodziewana cena broszki ze sporą hodowlaną perłą dochodzi do 27 tys. zł, ale gdyby ozdoba miała zupełnie prostą formę, jej cena mogłaby być tak wysoka prawdopodobnie tylko przy użyciu perły naturalnej. Bonhams

Pierwszy szlif

W ostatnich tygodniach września sporo się zadzieje na rynku biżuterii, bo światowe domy aukcyjne już czarują kolekcjonerów okładkami katalogów pełnych świecidełek.

Z punktu widzenia inwestora, kosztowności można bez wątpienia rozkładać na surowce — kalkulując ewentualną stopę zwrotu na platynie, złocie czy diamentach — ale z wielu powodów takie podejście raczej nie dowodzi sprytu. Jednym z niewielu materiałów, który pasuje do takiej suchej analizy, jest perła, do której dołączono certyfikat potwierdzający naturalność.

Przykładowa brosza — bo tak eksperci nazywają ten rodzaj ozdoby — została wyceniona we wrześniowym katalogu Bonhams na równowartość 100-150 tys. zł. Wygląda mniej więcej tak, jakby z wysadzanego diamentami owalnego zapięcia miały spadać dwie łezki z pereł, dlatego pierwsze co się nasuwa, to że o cenie nie decydują dwie samotne perełki, tylko połyskujące rzędy diamentów. Jest odwrotnie — długość tych łezek dochodzi prawie do 2 cm, natomiast brylantów może być i mnóstwo, ale brosza jest z 1900 r., więc wartość kamieni sprowadza się do jednego słowa: „old”.

Tym terminem opisuje się właśnie typ szlifu, więc „old-brilliant cut” oznacza dla inwestora tyle, że diament jest w szlifie starszym, gorzej odbijającym światło. Współczesny brylantowy szlif może mieć nawet ponad sto faset, czyli oszlifowanych powierzchni, ale dawniej jubilerzy nie mogli się aż tak popisywać — poza tym, kamienie stanowiące oprawę dla innych surowców w biżuterii są zwykle niewielkie. Jeśli więc kolekcjoner chciałby wymontować diamenty ze starej broszki i sprzedać, musiałby prawdopodobnieudać się do szlifierza, a wtedy z cennej całości zostaną mu co najwyżej zupełnie nieinwestycyjne opiłki.

Coś na ząb

Trzymając się przykładowej broszki za 100-150 tys. zł, warto skupić się na samych perłach, bo w tym przypadku nawet wartość artystyczna przedmiotu jest zdecydowanie mniej istotna dla ceny niż dwie pociągłe łezki. Kluczem do rozwiązania zagadki jest naturalność, bo chociaż nie przekłada się na wygląd, ma największe znaczenie dla zwyżkowego potencjału.

Fizycznie, perły hodowlane różnią się od naturalnych wyłącznie tym, że przykładowe ziarenko piasku — które otaczane jest w muszli perłową masą — nie trafia pod płaszcz małża przypadkiem, tylko jest umieszczane przez człowieka, w dodatku na przemysłową skalę. Z uwagi na znacznie mniejszą podaż za pojedynczy sznur z certyfikatem stwierdzającym naturalność trzeba na najbliższych aukcjach przeznaczyć 5-15 tys. GBP (25-76 tys. zł), przy czym większość jest długości 40-47 cm.

Kiedy perły są naturalne, to one stanowią zwykle o cenie ozdoby, natomiast kiedy są hodowlane, broszka również może słono kosztować, ale przeważnie ze względu na artystyczność oprawy. Żeby jakoś wyłowić z morza hodowlanych pereł dwa aukcyjne przykłady, można skoncentrować się na tych skrzydlatych — w ofercie Bonhams czeka brosza w kształcie zawadiackiego łabądka z estymacją do 7 tys. USD (27 tys. zł), a w Sotheby’s w formie strusia, wyceniana do 8 tys. USD (31 tys. zł).

Nawet jeśli same perły nie byłyby w tych dziełach inwestycyjnej próby, o stawce przesądzają diamentowe nóżki, wybarwione dzioby, dwa kolory złota i emaliowane butki. Od tych hodowlanych przykładów można przejść już tylko do pereł, które jedynie stroją się w ptasie piórka, bo w obiegu nie brakuje też zupełnie sztucznych, ze szkła czy plastiku. W gemmologicznych magazynach można jednak przeczytać, że prawdziwość pereł poznaje się po tym, że są chłodne w dotyku i mniej trwałe niż zębowe szkliwo. Myśląc o bezpieczeństwie aktywów, można próbować, ale jeśli ma się już certyfikat, lepiej nie być nadgorliwym i nie gryźć, bo jeśli perła rzeczywiście mogłaby być inwestycyjna, zostanie na niej wątpliwie dekoracyjna rysa od zgryzu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu