To fatalny standard terminowy III RP, po 1990 r. kolejnym ekipom rządzącym tylko raz udało się zdążyć z ogłoszeniem budżetu przed sylwestrem, i nie było to bynajmniej w epoce tzw. dobrej zmiany PiS. Tradycyjnie spóźniona ustawa paradoksalnie nosi prawidłową datę 15 grudnia 2022 r., czyli pierwotnego uchwalenia wersji przez Sejm, jako że w późniejszej rozgrywce PiS z Senatem przez półtora miesiąca nie został zmieniony choćby jeden przecinek. Obowiązuje dyrektywa władców, że wraża opozycja nie ma prawa zmienić w najważniejszej corocznej ustawie nawet jednej cyferki. Takie są realia, PiS w kadencji 2019-23 dysponuje w Sejmie bardzo minimalną większością ponad 50 proc. mandatów, w Senacie znajduje się w mniejszości – ale cały czas utrzymuje 100 proc. decyzyjności, nie oddaje choćby symbolicznego 0,01 proc.
W gigantycznej ustawie ciekawe są załączniki nr 3 i 4, regulujące rozliczenia budżetu krajowego i europejskiego. W tym obszarze największą pozycją dochodową w kwocie 47,06 mld zł są w 2023 r. wieloletnie ramy finansowe… 2014-20. To absurd nie polski, lecz generalnie unijny. W związku z opóźnionym spływaniem faktur Komisja Europejska (KE) już dawno przyjęła w rozliczeniach z państwami system N+1, potem przesunięcie rozciągnęło się do N+2, a teraz jak widać funkcjonuje już N+3. Perspektywy finansowe Unii Europejskiej przyjmowane są traktatowo jako co najmniej pięcioletnie, ale w praktyce siedmioletnie. Jeśli spóźnienia rozliczeń będą się rozciągały, to za jakiś czas system poślizgowy dojdzie do N+7, zatem jedne wieloletnie ramy finansowe będą mogły w ogóle… wypaść i kalendarz budżetowy wróci do normalności. Dla Polski to żadna czarna perspektywa, ponieważ powinniśmy wtedy być już płatnikiem netto – jeśli w ogóle jeszcze w składzie UE. Ta ostatnia uwaga dotyczy nieuchronnie nadciągającego wielkiego starcia o nowelizację unijnych traktatów, wiele ze wstępnych propozycji obecni władcy Polski odrzucają z definicji.
Wieloletnia unijna perspektywa 2021-27 została w tegorocznym budżecie ledwie napoczęta, w kwocie 7,97 mld zł. Również częściowo, w transzy 26,83 mld zł z grantów, uwzględniono unijny instrument zasilający Krajowy Plan Odbudowy i Zwiększania Odporności (KPO). Kalendarzowym przypadkiem tego samego 8 lutego, gdy w Dzienniku Ustaw ukazał się budżet, Sejm ukończył nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym. Tzw. kamień milowy na drodze do uzyskania pieniędzy na KPO przeszedł w wersji upragnionej przez rząd, czyli uzgodnionej w grudniu 2022 r. przez ministra Szymona Szynkowskiego vel Sęka z KE. Radość władców trwała zaledwie 48 godzin, albowiem 10 lutego wieczorem Andrzej Duda oznajmił macierzystej partii, że ustawy nie podpisuje, ale zarazem ucieka – jako głowa państwa – od jej merytorycznej oceny i przekazuje strategiczną decyzję Julii Przyłębskiej, stojącej na czele Trybunału Konstytucyjnego (TK). Bez względu na zdolność pękniętego wewnętrznie TK do uczciwej oceny bardzo pogmatwanej ustawy, została ona zastopowana na długie miesiące lub na zawsze. Oznacza to automatyczne odsunięcie na nieznany termin złożenia przez rząd formalnego wniosku do KE o uruchomienie pieniędzy finansujących KPO.
Tym samym grantowa kwota 26,83 mld zł stała się abstrakcją. Oczywiście tylko jedną z wielu – bokiem poza uchwalonym budżetem idzie w różnych funduszach co najmniej 300 mld zł – ale pierwszą tak oficjalnie zapisaną wprost w ustawie.

