Komisja Europejska, która zabrała się do regulowania kwestii oznaczenia kraju pochodzenia na sprzedawanych w Unii produktach, nie zamierza poprzestać na branży mięsnej, którą od przyszłego roku obejmie obowiązkowe „made in Poland”. Firmom mięsnym to nie w smak, natomiast obuwnicze na unijne przepisy czekają z niecierpliwością. Po pierwsze, producenci obuwia mają nadzieję, że komisja da im możliwość wyboru między „EU” a „Poland”. Po drugie, liczą, że nowe prawo rozwiąże część ich problemów.
— Dzisiaj wiele firm, m.in. z Dalekiego Wschodu, tak nazywa i znakuje produkty, jakby były np. z Polski. Nikt tego nie kontroluje. Brakuje też przepisów, które regulowałyby kwestię określania pochodzenia, tzn. warunków, jakie musi spełnić produkt, aby można go było nazwać polskim. Czy to, że ostatni etap produkcji, czyli zasznurowanie buta, odbywa się w Polsce, wystarczy? — mówi Mariusz Babrala, wiceprezes Polskiej Izby Przemysłu Skórzanego.
Wtóruje mu Tomasz Malicki, prezes Gino Rossi. — Jeśli firma kupi fabrykę na Słowacji, wszystkie półprodukty będą pochodzić z Włoch, a technologia i projekty będą polskie, to jaki kraj powinien widnieć jako miejsce wyprodukowania — Polska, Włochy czy Słowacja? — pyta Tomasz Malicki. Jego zdaniem, przedsiębiorcom w branży obuwniczej polskość nie przeszkadza.
— Nad Wisłą krajowe marki cieszą się z roku na rok coraz lepszą opinią — i to nie tylko ze względu na jakość, ale także dlatego, że producenci tutaj płacą podatki i zapewniają miejsca pracy. W ciągu ostatnich lat zmieniło się też podejście zagranicznych kontrahentów i klientów. Partnerzy zza wschodniej granicy już od kilku lat doceniają nasze obuwie, a od pewnego czasu również zachodnia Europa nas chwali. Sprzedajemy w Niemczech i nigdy nie spotkaliśmy się z negatywnym odbiorem naszych produktów dlatego, że są z Polski. Nasza jakość została doceniona nawet we Włoszech, stolicy obuwia. Tamtejsze firmy zgłaszają się do nas z zapytaniami w sprawie produkcji. Jeśli chodzi o zimowe kolekcje, Polacy radzą sobie lepiej niż Włosi. Polska jest więc coraz bardziej doceniana i, moim zdaniem, nie mamy się czego wstydzić — zresztą nie tylko w tej branży. Przecież w naszym kraju globalne koncerny produkują samochody, sprzęt RTV, AGD czy farmaceutyki — mówi Tomasz Malicki.
Unijnych regulacji obawia się natomiast sektor kosmetyczny, który podobnie jak obuwniczy lobbuje za możliwością wyboru. Firmy kosmetyczne są zdania, że obowiązkowe „made in Poland” może im tylko zaszkodzić. Dzisiaj mają trzy opcje: EU, Poland lub brak oznaczenia made in. Zdaniem Lewiatana, unijne propozycje zmniejszą konkurencyjność polskich kosmetyków. Choć w Polsce producenci kremów chwalą się biało-czerwonymi barwami, za granicą wybierają „EU”.
Zdaniem Blanki Chmurzyńskiej- Brown, dyrektor generalnej Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego (PZPK), lepiej, gdy opakowania nie epatują polskością — zwłaszcza na terenie Unii. Dzisiaj nie wiadomo, kiedy i jakie zmiany zajdą w kosmetyce, szczególnie że rządy poszczególnych krajów nie doszły do konsensu.
— Zbliżają się wybory. Nie spodziewam się, by do czasu ich rozstrzygnięcia wyjaśniło się, jakie zmiany prawne nastąpią w kosmetyce — mówi Blanka Chmurzyńska-Brown.